sobota, 21 marca 2015

List.

                                                       Drogi Michaelu!
       Piszę ten list z desperacji. Okazało się, że wszyscy to zdrajcy. Myślę, że mogę ufać tylko Tobie, ponieważ prawie Cię nie znam. Chociaż może okazać się, że znamy się jak nikt inny. 
Na początek się przedstawię. Kiedy zdradzę me imię, wszystko okaże się jasne. Jestem Ines. Czy teraz rozumiesz? Powinnam zacząć opowieść od historii z Kryształami Życia, by całą sprawę rozjaśnić.
        Ja i Marcin dostaliśmy zadanie odnalezienia znanych wszystkim gryfom Kryształów. Okazało się, że wampiry ukryły je w świecie, na którym panowali mitologiczni bogowie. Znaleźliśmy je, nie obyło się bez kilku problemów, mianowicie od sporego zamieszania(bo na cały Olimp) w krainie Hadesa. Wraz z Marcinem wdaliśmy się w bójkę z Charonem, który nie chciał nas przepuścić na drugą stronę Styksu. Znokautowany upadł na jakiś kamień i umarł. Dziwne, prawda? Myślałam, że jest nieśmiertelny, bo przecież tyle się słyszało, ile to on osobistości przewiózł. Robił tak przez wieki. Aż do teraz. Nie wracając do niezręcznego tematu, napiszę gdzie znaleźliśmy te Kryształy. 
Jedna z nieślubnych córeczek Posejdona miała taki ładny diadem, a na jego samym środku tkwił nasz cel. Nie mieliśmy wyboru, wzięliśmy go z jej szafki nocnej, kiedy spała i zwinęliśmy swoje manatki  z tego pochrzanionego królestwa. Potem wybraliśmy się na Słońce do Heliosa. Tam wszystko poszło gładko, musiałam się tylko z nim całować. Dla sprawy, oczywiście. Trzeba było go zdezorientować, kiedy Marcin wyciągał Kryształ Życia z jego słonecznego rydwanu. Wróciliśmy na ziemię i udaliśmy się do Hadesa. I tam właśnie stało się to, o czym powiadomiłam Cię wcześniej. Zanim ktokolwiek zorientował się, że Charon leży martwy na pomoście, zabraliśmy jego łódź i popłynęliśmy do Hadesu. I tu stanęliśmy przed nie lada wyzwaniem. Ostatni Kryształ wisiał na szyi Cerbera, trzygłowego psa. Na takiego to jedna Krakowska Sucha by nie starczyła. Zastosowaliśmy podstęp. Piesek Pana Śmierci miał łaskotki. Udało nam się i nadal przez nikogo nie zauważeni, wróciliśmy do pałacu.  Tam dowiedzieli się, że Charon nie żyje i wyszło na jaw, że nie jesteśmy żadnymi bogami. Jedyną osobą, która nas broniła, był Apollo. Marcin stwierdził  potem, że zrobił to tylko dlatego, bo był we mnie zakochany. Ja także się w nim zakochałam. Ale mi przeszło. 
Przypomniałam sobie o tym, jak w mojej księdze mitologii greckiej było napisane, że Apollo nie tylko miał liczne romanse z kobietami, ale przeżywał także prawdziwe miłości z mężczyznami. To mnie trochę zniechęciło, ale wspominam go dobrze. Nawet bardzo dobrze. Możliwe, że czasem znacząco się patrzył na Marcina, a nie na mnie. Dobrze, może wrócę do tematu, bo kilka faktów związanym z bogiem muzyki i sztuki wolałabym zachować dla siebie.
Cóż znaczy mały Apollo dla jedenastu pozostałych bogów? Nic. Marcin i ja nie mięliśmy wyboru, musieliśmy uciekać. Pożegnaliśmy się ciepło ze wszystkimi i za sprawą połączenia ze sobą Kryształów wróciliśmy do domu. Tego prawdziwego, w naszym współczesnym świecie. Po tak ciężkim pobycie za granicą okazało się, że wszystko było zupełnie niepotrzebne. Choć powtarzam nieubłaganie, że niczego nie żałuję!  Przewodniczący rady gryfów, Walijski, po naszym powrocie wyznał, że wszystko było tylko mistyfikacją. Rada uknuła to, by nas sprawdzić. Sprawdzić czy nadajemy się jako gryfy od czarnej roboty. Takie służby specjalne. Udało nam się, jesteśmy na stanowisku łowców głów, a to oznacza eliminacje wszelkich szpiegów i zdrajców. A kryształy okazały się fałszywe, prawdziwe nigdy nie zostały skradzione. Koniec końców okazał się szczęśliwy, bo zostaliśmy członkami rządowej grupy gryfów. 
   Ale teraz czas na to, bym wyjaśniła Ci, dlaczego do Ciebie napisałam. Straciłam pamięć sprzed tego wieku, całe osiemset lat, od kiedy po raz pierwszy się urodziłam. Wyjaśnienie przyszło samo. Osobą, która mi ją usunęła, był Marcin, mój przyjaciel. Zaczęłam go nienawidzić. I choć teraz mi przeszło, to nadal czuję ciężar na sercu. Kiedy opowiedział mi wszystko, po prostu się rozpłakałam i rzuciłam w jego ramiona, bo nieważne co się stanie, my zawsze zostaniemy przyjaciółmi. 
    Cała historia wygląda tak: ja i Marcin znaliśmy się od zawsze, ale pewnego razu spotkałam Ciebie. Okazało się, że pochodzisz z rodu czarnych gryfów, czyli stworzeń złych do szpiku kości, ale jednak nader pięknych. Podobno wasze czarne, lśniące pióra są niesamowite. Wracam jednak do tematu. Poznaliśmy się, a mnie nie obchodziło skąd pochodzisz, bo byłam w Tobie zakochana. Ale Marcinowi przeszkadzało. Bał się, że jesteś zbyt niebezpieczny i możesz sprowadzić na nasz ród wielkie kłopoty. Nie widział innego wyjścia, jak usunąć mi pamięć. Nie przewidział jednak, że będziesz mnie szukał i odnajdziesz  za każdym razem. Usuwał mi pamięć przez osiemset lat, a ja rodziłam się na nowo bez jakiejkolwiek o tym świadomości. Miał już dość ukrywania prawdy i zanim znów byś się pojawił, wyznał mi wszystko.
    Więc ja postanowiłam odnaleźć Ciebie pierwsza. Bardzo chciałabym wrócić do wspomnień, ale Marcin nie wie jak to zrobić. Zaczynamy poszukiwania.
    Mam nadzieję, że wkrótce się odnajdziemy.
                                                                                                       Twoja Ines

   
Wydaję mi się, że to już koniec tej opowieści, ponieważ straciłam sens kontynuowania tego. Nie jestem pewna czy czyta to choć jedna osoba, ale jeżeli czyta, to niech da mi jakiś znak! To znów przywróci mi wiarę i waleczność! Niech ten odsetek osób, które czytają to naprawdę( jeżeli taki istnieje) dojdzie do głosu internetu i napisze mi jasno i wyraźnie, że mu zależy. Z wyrazami szacunku do czytelnika,
                                                                                  Benedy Lory

                                                

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz