sobota, 21 marca 2015

List.

                                                       Drogi Michaelu!
       Piszę ten list z desperacji. Okazało się, że wszyscy to zdrajcy. Myślę, że mogę ufać tylko Tobie, ponieważ prawie Cię nie znam. Chociaż może okazać się, że znamy się jak nikt inny. 
Na początek się przedstawię. Kiedy zdradzę me imię, wszystko okaże się jasne. Jestem Ines. Czy teraz rozumiesz? Powinnam zacząć opowieść od historii z Kryształami Życia, by całą sprawę rozjaśnić.
        Ja i Marcin dostaliśmy zadanie odnalezienia znanych wszystkim gryfom Kryształów. Okazało się, że wampiry ukryły je w świecie, na którym panowali mitologiczni bogowie. Znaleźliśmy je, nie obyło się bez kilku problemów, mianowicie od sporego zamieszania(bo na cały Olimp) w krainie Hadesa. Wraz z Marcinem wdaliśmy się w bójkę z Charonem, który nie chciał nas przepuścić na drugą stronę Styksu. Znokautowany upadł na jakiś kamień i umarł. Dziwne, prawda? Myślałam, że jest nieśmiertelny, bo przecież tyle się słyszało, ile to on osobistości przewiózł. Robił tak przez wieki. Aż do teraz. Nie wracając do niezręcznego tematu, napiszę gdzie znaleźliśmy te Kryształy. 
Jedna z nieślubnych córeczek Posejdona miała taki ładny diadem, a na jego samym środku tkwił nasz cel. Nie mieliśmy wyboru, wzięliśmy go z jej szafki nocnej, kiedy spała i zwinęliśmy swoje manatki  z tego pochrzanionego królestwa. Potem wybraliśmy się na Słońce do Heliosa. Tam wszystko poszło gładko, musiałam się tylko z nim całować. Dla sprawy, oczywiście. Trzeba było go zdezorientować, kiedy Marcin wyciągał Kryształ Życia z jego słonecznego rydwanu. Wróciliśmy na ziemię i udaliśmy się do Hadesa. I tam właśnie stało się to, o czym powiadomiłam Cię wcześniej. Zanim ktokolwiek zorientował się, że Charon leży martwy na pomoście, zabraliśmy jego łódź i popłynęliśmy do Hadesu. I tu stanęliśmy przed nie lada wyzwaniem. Ostatni Kryształ wisiał na szyi Cerbera, trzygłowego psa. Na takiego to jedna Krakowska Sucha by nie starczyła. Zastosowaliśmy podstęp. Piesek Pana Śmierci miał łaskotki. Udało nam się i nadal przez nikogo nie zauważeni, wróciliśmy do pałacu.  Tam dowiedzieli się, że Charon nie żyje i wyszło na jaw, że nie jesteśmy żadnymi bogami. Jedyną osobą, która nas broniła, był Apollo. Marcin stwierdził  potem, że zrobił to tylko dlatego, bo był we mnie zakochany. Ja także się w nim zakochałam. Ale mi przeszło. 
Przypomniałam sobie o tym, jak w mojej księdze mitologii greckiej było napisane, że Apollo nie tylko miał liczne romanse z kobietami, ale przeżywał także prawdziwe miłości z mężczyznami. To mnie trochę zniechęciło, ale wspominam go dobrze. Nawet bardzo dobrze. Możliwe, że czasem znacząco się patrzył na Marcina, a nie na mnie. Dobrze, może wrócę do tematu, bo kilka faktów związanym z bogiem muzyki i sztuki wolałabym zachować dla siebie.
Cóż znaczy mały Apollo dla jedenastu pozostałych bogów? Nic. Marcin i ja nie mięliśmy wyboru, musieliśmy uciekać. Pożegnaliśmy się ciepło ze wszystkimi i za sprawą połączenia ze sobą Kryształów wróciliśmy do domu. Tego prawdziwego, w naszym współczesnym świecie. Po tak ciężkim pobycie za granicą okazało się, że wszystko było zupełnie niepotrzebne. Choć powtarzam nieubłaganie, że niczego nie żałuję!  Przewodniczący rady gryfów, Walijski, po naszym powrocie wyznał, że wszystko było tylko mistyfikacją. Rada uknuła to, by nas sprawdzić. Sprawdzić czy nadajemy się jako gryfy od czarnej roboty. Takie służby specjalne. Udało nam się, jesteśmy na stanowisku łowców głów, a to oznacza eliminacje wszelkich szpiegów i zdrajców. A kryształy okazały się fałszywe, prawdziwe nigdy nie zostały skradzione. Koniec końców okazał się szczęśliwy, bo zostaliśmy członkami rządowej grupy gryfów. 
   Ale teraz czas na to, bym wyjaśniła Ci, dlaczego do Ciebie napisałam. Straciłam pamięć sprzed tego wieku, całe osiemset lat, od kiedy po raz pierwszy się urodziłam. Wyjaśnienie przyszło samo. Osobą, która mi ją usunęła, był Marcin, mój przyjaciel. Zaczęłam go nienawidzić. I choć teraz mi przeszło, to nadal czuję ciężar na sercu. Kiedy opowiedział mi wszystko, po prostu się rozpłakałam i rzuciłam w jego ramiona, bo nieważne co się stanie, my zawsze zostaniemy przyjaciółmi. 
    Cała historia wygląda tak: ja i Marcin znaliśmy się od zawsze, ale pewnego razu spotkałam Ciebie. Okazało się, że pochodzisz z rodu czarnych gryfów, czyli stworzeń złych do szpiku kości, ale jednak nader pięknych. Podobno wasze czarne, lśniące pióra są niesamowite. Wracam jednak do tematu. Poznaliśmy się, a mnie nie obchodziło skąd pochodzisz, bo byłam w Tobie zakochana. Ale Marcinowi przeszkadzało. Bał się, że jesteś zbyt niebezpieczny i możesz sprowadzić na nasz ród wielkie kłopoty. Nie widział innego wyjścia, jak usunąć mi pamięć. Nie przewidział jednak, że będziesz mnie szukał i odnajdziesz  za każdym razem. Usuwał mi pamięć przez osiemset lat, a ja rodziłam się na nowo bez jakiejkolwiek o tym świadomości. Miał już dość ukrywania prawdy i zanim znów byś się pojawił, wyznał mi wszystko.
    Więc ja postanowiłam odnaleźć Ciebie pierwsza. Bardzo chciałabym wrócić do wspomnień, ale Marcin nie wie jak to zrobić. Zaczynamy poszukiwania.
    Mam nadzieję, że wkrótce się odnajdziemy.
                                                                                                       Twoja Ines

   
Wydaję mi się, że to już koniec tej opowieści, ponieważ straciłam sens kontynuowania tego. Nie jestem pewna czy czyta to choć jedna osoba, ale jeżeli czyta, to niech da mi jakiś znak! To znów przywróci mi wiarę i waleczność! Niech ten odsetek osób, które czytają to naprawdę( jeżeli taki istnieje) dojdzie do głosu internetu i napisze mi jasno i wyraźnie, że mu zależy. Z wyrazami szacunku do czytelnika,
                                                                                  Benedy Lory

                                                

poniedziałek, 2 lutego 2015

Rozdział 8

Razem z Marcinem przebywaliśmy w cudownym świecie bogów, licząc wschody i zachody słońca, od jakiegoś tygodnia. Przez cały ten czas mieliśmy zamiar udać się do jednego z bogów posiadających Kryształ.
Ale nam nie wyszło. Nie można się dziwić, kiedy wciąż byliśmy obserwowani.
No, może nie do końca. Ciągłe towarzystwo służek, które były na każde nasze skinienie, sprawiło, że poczułam się osaczona, w taki miły sposób, ale do tego nie mogę się oczywiście przyznać. Częste pogawędki z władcami tego świata, także nie ułatwiały nam roboty, choć były bardzo przyjemne. Jak się okazuje, bogowie to nie takie szuje jak myślałam(a szczególnie Apollo).
Więc teraz, siódmego dnia naszego pobytu, leżę na kanapie bez oparć, przystojny sługa wachluje mnie olbrzymim wachlarzem zrobionym z jakichś wielkich liści, zajadam winogrona i myślę.
- Hej, dzięki za wszystko, ale moglibyście zostawić nas samych?- zapytałam mężczyzn.
Kiedy obaj posłusznie odeszli, powiedziałam ponownie, tym razem zwracając się do Marcina:
- Koniec tej sielanki. Wracamy do pracy, wiesz, że się zasiedzieliśmy.
- Wiem, ale pomyśl sobie, to takie nasze zasłużone wakacje, prawda? Chyba nam się należy.- stwierdził mój przyjaciel, przeżuwając winogrono.
- Tak, ale mamy zadanie do wykonania, a wiesz jak ważne są Kryształy.- musiałam mu stanowczo zaprzeczyć.
- Nie zachowuj się jak jakiś tajny agent z misją do wypełnienia. Jak ci już mówiłem wiele razy, ta sprawa wydaje się bardzo podejrzana, przecież wiesz.- zupełnie zignorował moje słowa, po raz kolejny opowiadając o tych swoich chorych przypuszczeniach- A tak poza tym, dziś jest uroczysta kolacja, więc nie możemy jeszcze wyruszyć. Wybierzemy się o świcie, tylko się nie upij, bo nie wstaniesz.
- Wiesz, może masz racje. Skoro tak ważna rzecz jak uroczysta kolacja ma wydarzenie dziś wieczór, to przecież nie możemy się stąd ruszyć.- obojętnie jaka wymówka sprawiła, że odstąpiłam od ważnych planów i znów wygodnie się rozłożyłam, chłonąc przyjemne promienie słońca.
  &&&
Po wesołej nocy przy ambrozji i nektarze, wstałam ze swojego łoża półżywa. Dopiero co nastał świt, a ja już na nogach! I ten przeklęty brak okien! Gorąco tu jak w piekle.
 Umyłam zęby jakąś dziwną mazią, której tu używają, przemyłam twarz wodą stojącą w misce na stole i przeczesałam włosy złotym grzebykiem. Jeszcze tylko toga i byłam gotowa w podróż po Kryształ. Wraz z Marcinem zdecydowaliśmy, że najpierw udamy się do podwodnego królestwa Posejdona.
 Jednak nie obijaliśmy się aż tak przez ten tydzień. Byliśmy jeszcze raz w bibliotece i znaleźliśmy stare mapy ukazujące cały Olimp. Z tych właśnie map wiemy już w którą stronę trzeba się udać.
 Nie zaprzątając sobie myśli, gdzie konkretnie znajduje się ten cholerny Kryształ, odsunęłam kotarę i udałam się do pokoju obok. Jak się okazało, mój przyjaciel nadal smacznie spał. Nie mogłam go przecież tak normalnie obudzić, więc wzięłam miskę pełną wody i wylałam zimną ciecz na jego głowę. Zadziałało. Wyskoczył z łóżka jak oparzony.
- Czyś ty zwariowała!- wrzasnął, ocierając twarz kołdrą.
- Byliśmy przecież umówieni, a ty nadal spałeś, chyba nie wyobrażasz sobie, że mogłabym zrobić cokolwiek innego?
- No, w sumie... racja. Sam też bym tak zrobił.- powiedział, wzruszając ramionami- Tak się składa, że nie zmieniłem ubrania jak szedłem spać, więc możemy już ruszać.
- Chyba lepiej będzie jak się przebierzesz, przecież masz pełną szafę ubrań.- podeszłam do mebla i otworzyłam je szeroko.- Widzisz. Wybierz coś sobie, a ja poczekam na zewnątrz.
- A co ja mam niby wybierać? Każda ta szmata wygląda tak samo, ale niech ci będzie, wypad z pokoju.
Po pięciu minutach wyszedł gotowy i razem udaliśmy się do głównego korytarza. Marcin wymyślił problem bielizny, której to brak sprawiał nam niemały dyskomfort. Z jego krótkiej togi zrobiliśmy coś na kształt pieluch, a ja obwiązywałam sobie biust niczym bandażem jedną z nich. To nam bardzo pomogło. Rozmyślając o problemach bieliźnianych tego świata, doszłam do głównego korytarza. Spojrzałam się na Marcina i zgodnie ruszyliśmy w stronę olbrzymich drzwi wejściowych.
- Jeżeli wolno spytać, to dokąd się państwo wybierają- usłyszeliśmy skrzekliwy głos za sobą.
 Odwróciłam się i ujrzałam Akrogosa, stojącego przy fontannie. Ten gnom zawsze był tam, gdzie nie trzeba.
- My... - zaczął mój przyjaciel, intensywnie myśląc nad jakąś wymówką.
- Hesperos nie chciał się przyznać, że postanowiliśmy udać się na samotną wędrówkę po okolicy, ponieważ obawiał się, że bogowie pomyślą o naszej niechęci do spędzania z nimi czasu. Co jest zresztą nieprawdą, my po prostu nie zwiedziliśmy jeszcze pięknych ogrodów i lasów, a nie zamierzamy przecież wiecznie zawadzać w tym królestwie.- moja wymówka najwyraźniej działała, Akrogos natychmiast się uspokoił.
- W takim razie, życzę miłego spaceru. Jestem pewny, że są państwo tu mile widziani, więc proszę się nie obawiać.
- Dziękujemy serdecznie, ale musimy już iść, przecież tyle przed nami. Proszę spodziewać się nas po kolacji.- Marcin złapał mnie za rękę i poprowadził ku drzwiom.
Już na zewnątrz powiedziałam:
- Uruchomiłbyś te swoje trybiki trochę szybciej, nie będę przecież wiecznie za ciebie kłamać.
- Wiem, wiem, ale mnie zaskoczył, nie zdążyłem się przygotować.
- Rozumiem. Nie masz się czym przejmować.- poklepałam go po ramieniu  i zaczęłam schodzić po schodach.
Już na dole udaliśmy się w prawo, kierując się wyrytą w naszej pamięci mapą.
Przez jakiś czas podążaliśmy rozległym gajem oliwnym, gdzie co jakiś czas wyrastały drzewa obwieszone soczystymi cytrusami. Miałam już pełne ręce olbrzymich pomarańczy, kiedy wreszcie gaj się skończył i przed nami ukazał się  las pełen rozłożystych, poskręcanych drzew.
- Czy w tym lesie są węże?- zapytałam, martwiąc się o moje stopy okryte cienkimi sandałami.
- Nie mam pojęcia, wiesz, jakoś wcześniej się tym nie interesowałem, ale jak chcesz, to możesz wziąć patyk i w razie potrzeby dźgać gada.- znalazł na ziemi jakiś suchy badyl i pchał go w stronę gleby- O tak! I sprawa załatwiona.
Podał mi patyk, który wzięłam, ale bez zamiaru używania go. I choć las był rozległy, a nam zajęło całkiem sporo czasu, by go przejść, to na drodze nie spotkaliśmy ani jednego węża, a wędrówka nie była zbyt uciążliwa dzięki szerokim liściom zatrzymującym promienie słoneczne. Słońce świeciło już wysoko nad horyzontem, kiedy wreszcie wyszliśmy na powierzchnię.
- Może usiądźmy pod tym drzewem, zjedzmy pomarańcze i uzgodnijmy dalszy plan wędrówki- Marcin siadał już pod rozłożystą rośliną, więc i ja to zrobiłam, podając mu pomarańczę.
Sok spływał nam po brodach, a ręce były w nim niemożliwie obklejone, ale skończyliśmy posiłek i mogliśmy się naradzić.
- Zobacz, tutaj jesteśmy.- mój kompan wskazał mi las na piaskowej mapie, narysowanej patykiem.- A tu musimy być...niedługo.
Patrzyłam jak patyk przesuwa się z grudki ziemi na kolejną.
- Mamy niewiele czasu. Nie wrócimy dzisiaj do pałacu, patrząc na mapę nie jestem pewna czy dotrzemy na miejsce przed zmierzchem.- pokręciłam głową- Jeżeli jednak chcemy tam dotrzeć, to ruszajmy i to bez ociągania.
- Racja, w drogę, a spaniem się nie przejmuj, jestem pewny, że Posejdon zawiadomi kogoś z pałacu.
Wstaliśmy więc prędko i bez ociągania ruszyliśmy dalej.
Myślę, że dalsze opisy wędrówki są zbędne, ważne jest to, że wreszcie doszliśmy .
Zapadał już zmrok, kiedy zasapani, z obolałymi kończynami, staliśmy przed rozległym morzem. Napływające fale lekko obmywały nam stopy, przyjemnie chłodząc organizm.
- Wreszcie jesteśmy, ale nie do końca. Jak my się mamy, do diabła, tam dostać?- wysapał zmęczony Marcin.- Mam naprawdę wybujałą wyobraźnię, ale tego już nie wymyślę.
- Może zawołamy kogoś?- zaproponowałam- Hallo! Posejdonie! To my, Asteria i Hesperos.
- Jak będziesz się tak darła, to na pewno sam Posejdon do nas przyjdzie.- stwierdził sarkastycznie Marcin.
Sarkastycznie czy nie, miał rację. No, może nie do samego Posejdona, ale z morza nagle wyskoczyła jakaś kobieta o jaskrawych niebieskich włosach i śpiewnym głosie.
- Co was sprowadza, kompani?- zapytała z daleka.
- Przybywamy, by odwiedzić króla mórz.- odkrzyknęłam.
-Zatem podpłyńcie.
Wskoczyliśmy więc do wody, a w miarę jak zbliżaliśmy się do niebieskowłosej, "Hesperos" wydyszał, plując wodą:
- Chyba nie będę więcej kwestionował twojego działania, choć czasem jest głupie.
 Uśmiechnęłam się tylko, nie wiedząc czy jest to komplement, czy obelga, i popłynęliśmy dalej w stronę kobiety. Będąc obok niej, nie zamieniliśmy nawet słowa, niebieskowłosa pokazała nam tylko, że mamy wciągnąć powietrze i płynąć za nią. Złapaliśmy w płuca sporą ilość tlenu i oboje się zanurzyliśmy. Ciężko było nam nadążyć jak się okazało, za syreną, która płynęła cały czas w głąb morza niczym strzała.
 Kiedy poczułam palący ból w płucach i myślałam, że już nie dam radę, przed nami ukazała się olbrzymia przezroczysta kopuła, wewnątrz której znajdowało się  miasto. Jakbym odnalazła Atlantydę.
 Ostatkiem sił dopłynęłam do kopuły, moje płuca wybuchały, widok rozmazywał mi się przed oczami i wtedy syrena kazała nam tak po prostu wejść do tej kopuły. Nieprawdopodobne! To niemożliwe, a nawet jeśli, to spadniemy na sam dół miasta. Jednak powoli się dusiłam, nie zastanawiałam się więc długo i wpadłam na kopułę. Ta gruba warstwa nieznanego mi materiału, była w tym momencie niczym wielki, przezroczysty kisiel,  przez który bardzo łatwo było się przedostać. Byłam już wewnątrz miasta, wzięłam głęboki wdech i spodziewałam się nagłego spadania. I rzeczywiście spadałam, ale bardzo powoli, jakby była tu ograniczona grawitacja. Spojrzałam w bok i zauważyłam, że obok mnie leci, tak samo zdezorientowany jak ja, Marcin. Po długim locie wylądowaliśmy wreszcie na ziemi, gdzie czekała na nas już gwardia królewska złożona z kilku mężczyzn o zielonkawym kolorze skóry. Wszyscy mieli włócznie i tarcze, a także bogato zdobione hełmy. Pomogli nam wstać i, tak jak syrena, nie odzywając się nakazali nam, byśmy podążali za nimi. Prowadzili nas przez to cudowne miasto, zbudowane z przedziwnych materiałów. Budynki były kolorowe i lśniące, wzniesione jakby z muszli. Nawet kształty miały podobne. Najprawdopodobniej domy mieszkalne, wyglądały jak muszle krabów, a ważniejsze budynki kształtem przypominały świderkowate rożki. Wszystko mieniło się tysiącem kolorów, co nawet w tych podwodnych ciemnościach łatwo było zauważyć. Szliśmy za gwardią przez szeroką piaskową drogę, aż wreszcie dotarliśmy. Zatrzymaliśmy się właśnie przed wspaniałym, złożonym z kilkunastu olbrzymich i pięknych muszel, pałacem Posejdona.
- Nie będzie łatwo zdobyć ten Kryształ- westchnęłam nie mogąc dostrzec szczytu najwyższego z budynków.
 - Co to, to prawda, ale my jesteśmy jak Bonnie i Clyde. Zwiniemy ten Kryształ tak, że nikt się nawet nie spostrzeże.
Zaśmialiśmy się razem i podążyliśmy za gwardią do pałacu.

piątek, 2 stycznia 2015

Rozdział 7

Nie mogłam oderwać wzroku od jego mrożących krew w żyłach oczu, nie wiedziałam, czy mam się odezwać, paść na kolana lub całować dłonie, tak wielki wzbudzał we mnie szacunek. Na szczęście odezwał się pierwszy.
- Witajcie tu zebrani.- powiedział wstając i podnosząc złoty kielich trzymany w prawej dłoni.- Mamy dzisiaj zaszczyt powitać wielkich władców gwiazd, Hesperosa i Asterię. Powstańcie, by ich powitać.
Jego głęboki władczy ton coraz bardziej uświadamiał mi jak ogromną ma władzę, tak świetnie operował tonem, jakby wybitny muzyk grał na strunach gardła. Kiedy tylko skończył mówić, naraz dziesięciu głównych   bogów i bogiń,( Hades jako dwunasty bóg, nie zasiadał na górze Olimp, tylko we własnym podziemnym królestwie-Hadesie) powstało z kielichami pełnymi płynnego nektaru- boskiego napoju, dającego im wieczną młodość i nieśmiertelność. Wraz z nimi powstałam ja i Marcin, lekko popchnięci przez Akrogosa. My także wznieśliśmy kielichy.
- Dziś jest dzień tak długo przez nas oczekiwany, dzień, kiedy Gwiazdy spadają na nasz Olimp. Spodziewaliśmy się ,że jak co roku odwiedzi nas jedna z Gwiazd, ale nie  aż dwie. To dla nas wielki zaszczyt, więc dziś wieczorem, kiedy wszystkie z was zaczną spadać na ziemię, wydamy uroczyste przyjęcie na waszą cześć.- to mówiąc, najwyższy z najwyższych wzniósł kielich i wypił jego całą zawartość. Zrobiła to także cała reszta, wraz z nami. Usiedliśmy z powrotem na swoje miejsca. Moje zdenerwowanie powoli uciekało jak powietrze z balona. Zanim spojrzałam na te piękne postacie władców, kiedy zobaczyłam ten fresk na ścianie, myślałam o nich tylko najgorsze rzeczy, ale teraz to wszystko zniknęło. Nie chciałam żeby tak było, wracałam do tego obrazu, coraz bardziej jednak czułam, że jestem w stanie ich polubić, ba, pragnęłam żeby to oni polubili mnie. Wiedziałam jaki będzie ich koniec, jak ludzie powoli o nich zapomną. Ale może to i dobrze, przecież nie ocenia się książki po okładce, czytałam o nich, jak się zdawało tylko mity, wymyślone opowieści, złe opowieści.Całe ich wieczne życie składało się z jedzenia, picia, pławienia się we władzy, romansów i okrutnych, pełnych zazdrości, pychy i  niczym nie wyjaśnionych czynów. Tak, musiałam wziąć się w garść. Kiedy tak rozmyślałam, zdałam sobie sprawę, że ktoś na mnie patrzy. To był Apollo( jakim cudem o tym wiedziałam?) i właśnie zadał mi jakieś pytanie, którego, zamyślona, nie usłyszałam.
- Przepraszam, nie dosłyszałam, straszny tu gwar .- machnęłam ręką dookoła, chociaż na całej sali było słychać tylko ciche rozmowy.- Mógłbyś powtórzyć?
Młody bóg uśmiechnął się, zapewne wiedząc, że nie słuchałam.
- Powiedz mi jak to jest spadać z nieba prosto tu, na ziemię?
Natychmiast spojrzałam na Marcina, zajętego jedzeniem ambrozji,  papki o dziwnym srebrnym kolorze, dającej podobne efekty co nektar. Najwyraźniej mu smakowało. Zajadając się, usłyszał pytanie Apolla,  również na mnie popatrzył, ale jego wzrok mówił mi, że pytanie było do mnie, więc ja mam na nie odpowiedzieć.
- No,więc...- zaczęłam niepewnie, drapiąc się po głowie.- To jest... naprawdę niesamowite uczucie, doświadczenie jakiego nigdy wcześniej nie przeżyłam. A wygląda to tak, że najpierw skaczesz prosto w czarną przepaść, nic nie widzisz, nawet własnych rąk. Czujesz ogromny strach, nie masz pewności, czy na pewno wylądujesz i czy bezpiecznie. Ale myślisz tak tylko przez chwilę, bo potem zapominasz nawet o myśleniu. Tylko lecisz i lecisz, niczym strzała przeszywająca powietrze. Masz wrażenie, że to nigdy się nie skończy. Aż tu nagle przed oczami przemykają nowe kolory, niebieski, mnóstwo niebieskiego i zielony...ŁUP! Trafiasz w trawę jak strzała do tarczy. No i już jesteś z sercem bijącym jakby miało za chwilę wyskoczyć z klatki piersiowej.
Dopiero kiedy skończyłam mówić, zorientowałam się, że szybciej oddycham, poczułam jak krew szybciej pulsuje. Nie kłamałam. Opowiedziałam mu jak się czułam, kiedy leciałam z mojego świata, by dostać się do nich.
Spojrzałam na Apolla. On także był podekscytowany moją opowieścią. Jego młodzieńcze delikatne rysy wyrażały zachwyt i niedowierzanie. Usta ułożone w szeroki uśmiech, nie potrafiły wypowiedzieć choć słowa. Jasne loki delikatnie opadały na czoło ruszające się teraz w geście niedowierzania, natomiast przejrzyste niebieskie oczy spoglądały na mnie szeroko otwarte. Ten najmłodszy z olimpijskich bogów był naprawdę bardzo przystojnym mężczyzną i wydawał się nawet miły. Mój wzrok przeniósł się teraz nieco ponad jego czoło, by zauważyć umieszczony na głowie wieniec z gałęzi drzewa laurowego. A no tak, zapomniałabym o mały szczególe z jego burzliwej przeszłości. Całkiem dobrze znałam się na mitologi greckiej i rzymskiej, była to dla mnie lektura wręcz obowiązkowa. Czytałam ją namiętnie jeszcze za czasów podstawówki i gimnazjum, wiedziałam więc, że ów Apollo dawno temu zakochany był w pięknej Dafne. Ona jednak nie widziała w nim swojego księcia z bajki, młody bóg zdawał się tego kompletnie nie zauważać, więc gonił ją i gonił, aż całkiem wycieńczona poprosiła swojego ojca Penejosa- boga rzeki- o pomoc, a ten wspaniałomyślny koleś wpadł na pomysł, by zamienić swoją córkę w... drzewo laurowe. Nieźle, co? Tak, więc zrozpaczony Apollo, nie dość, że przez niego dziewczyna zamieniła się w drzewo,  zerwał z niej gałąź, zrobił sobie z niej wieniec, który nosi do tej pory na swojej  głowie. Ja wiem, że to w geście przeprosin i ku jej czci i pamięci, ale to dla mnie okrutne i obrzydliwe. Dafne jednak nie była jego jedyną wybranką. Miał on kilkoro dzieci z różnymi kobietami, ale związany był również z mężczyznami. Niezły Casanova.
- To.Naprawdę. Niesamowite.- zdolny był wreszcie do tych kilku słów.
- Tak, wiesz...
Dzyń, dzyń.
Na szczęście przerwał mi dźwięk dzwonka i głos Akrogosa:
- Czcigodni, koniec posiłku. Czas wolny aż do przyjęcia.
Wszyscy  wstawali od stołu i szli, Bóg wie gdzie. I ja także wstałam pociągając za sobą Marcina, który nadal jadł ambrozję.
- Było mi bardzo miło wysłuchać twojej opowieści, zobaczymy się na przyjęciu, prawda?- powiedział jeszcze Apollo.
- Oh, tak,oczywiście. Do zobaczenia.- uśmiechnęłam się odsuwając krzesło.
On także się uśmiechnął i odszedł wraz z innymi bogami.
- Kurde, on ci się podoba.- powiedział z pełną buzią mój przyjaciel.- Może umówisz się z nim do restauracji, teatru czy coś?
- Teatr to ja mam z tobą, kiedy patrzę jak robisz z siebie błazna.- syknęłam w odpowiedzi.- Daj spokój, wiesz, że trzeba być tutaj miłym? Właśnie Apollo jest bogiem życia i śmierci. Powtarzam ŚMIERCI. Więc jeżeli chcesz jeszcze pożyć, to trzymaj przy nich swoją wredną gębę na kłódkę.
- Dobra, dobra, wyluzuj. Pośmiać się nie można? Zresztą ja śmierci się nie boję. Na pewno nie tutaj, gdzie ona mi nie grozi i tobie także nie.- popatrzył na mnie pewny siebie.
- Uznajmy, że ci uwierzyłam i nie będę drążyć tematu, ale teraz proszę się skup.- spojrzał na mnie uważniej- Chodź.
Pociągnęłam go za ramię prowadząc do jakiegoś pobliskiego kąta.
- Słuchaj, chcę się z tego ich świata jak najszybciej wydostać, więc nie przyzwyczajamy się, okej?- spytałam szeptem, na co on potakująco kiwnął głową.- W naszych listach była wskazówka, by wiadomości na temat czegokolwiek związanego z Kryształami szukać w bibliotece. Musimy jak najszybciej ją znaleźć, chcę zdążyć przed przyjęciem ze znalezieniem wszystkich potrzebnych rzeczy.
- Gdyby tylko podali nam godzinę przyjęcia, a ja miałbym na ręce zegarek, to powiedziałbym ci ile czasu nam zostało, ale sądząc po porze dnia i takie tam, mamy ze cztery-pięć godzin.- powiedział udając, że spogląda na niewidzialny zegarek.- Musimy znaleźć kogoś, kto zaprowadzi nas do biblioteki, ale nie może to być ten niski typek , co nas tu przyprowadził .
- Akrogos? Masz rację, to nie może być on, w za wielu rzeczach pracuje, jeszcze doniesie. Proponuję zatem pierwszego lepszego z tacą, czy coś.- wsiadałam głową na najdalej stojącą od nas kobietę. Musiałam mieć pewność, że to ktoś, kto nie mógł nas usłyszeć.
- Hej! Ty!- jego głos rozniósł się po całej sali, echo odbijało się od ścian, kiedy szedł w kierunku wskazanej przeze mnie kobiety.
Rozumiejąc, że to do niej zmierza Marcin, dla  niej bóg, jej pan, ukłoniła się niemal dotykając nosem podłogi.
- Jesteś mi potrzebna.- nieco ciszej  lecz nadal władczym tonem, rzekł mój przyjaciel.- Musisz zaprowadzić nas do biblioteki. Teraz.
Przestraszona kobieta kiwnęła szybko głową i skierowała się do korytarza, którym wcześniej tu przyszliśmy.
Poszliśmy za nią. Marcin uśmiechnął się do mnie, zadowolony z efektu jego rozkazów. Skarciłam go tylko wzrokiem, ale tak naprawdę także byłam zadowolona,bo zależało mi na czasie, a nie na uprzejmości. On dobrze o tym wiedział i dalej szedł wesołym krokiem. Służąca, kiedy dotarliśmy do miejsca, gdzie stała fontanna, pokierowała nas dalej, w stronę lewego korytarza. Ów korytarz nie był przyozdobiony żadnymi freskami, najwidoczniej rzadziej odwiedzany, więc wszyscy uznali, że nie ma sensu się trudzić malowaniem ich. Jednak ten korytarz nie prowadził tylko do jednego pomieszczenia. Przechodząc przez niego zauważałam wiele ciemnych kotar po obu jego stronach. Nie dotarliśmy jeszcze do końca, kiedy kobieta wskazała nam jedną z nich o krwistym kolorze. Marcin machnął na służącą ręką, dając znak, by odeszła, a kiedy to zrobiła, odsunęliśmy kotarę, by znaleźć się w środku biblioteki. Całkiem spora sala, o jasnych jak w każdym pomieszczeniu ścianach, prawie niewidocznych pod przykrywą zrobionych z drewna szaf pełnych ksiąg. Ogromna ilość ksiąg. Na samym środku stał imponującej wielkości kwadratowy stół, który także zrobiony był z drewna.
- Na nasze nieszczęście mają bardzo pokaźną kolekcję.- Marcin powoli zbliżał się do półek z księgami, a ja podążałam za nim.
- Właśnie. I tak właściwie mamy mały problem.
- To wiem, ale czy masz jeszcze jakiś?- zapytał mnie zdejmując z półki jedną z ksiąg.- To wiersze. Oni tu mają poezję.
- Fajnie, tylko pozwól, że przedstawię ci nasz problem.
- Słucham przecież- chociaż nie słuchał.
- W tym przeklętym liście nie napisali w czym dokładnie mamy szukać tych wiadomości na temat Kryształów.- powoli uświadamiałam sobie w jak głębokim bagnie jesteśmy.
- Ale dla mnie napisali.- powiedział to szybko, a ja powoli odchodziłam od myśli o głębokim bagnie.- Jasno i wyraźnie. To ma być poezja jakiegoś tam Ksenosa Wielkiego.
- I dopiero teraz mi to mówisz?!- chciałam go udusić, ale jakby nie patrzeć jeszcze mi się przyda, no i przecież to mój przyjaciel..- Okej, nie ważne . Zamiast robić aferę, poszukam tych głupich wierszy.
- Świetny pomysł. Poszukaj.- oparł się o jedną z półek i patrzył jak szukam wypalonych imon autorów na skórzanych okładkach ksiąg.
- A ty?
- Tak, tak jasne, zapatrzyłem się jak pracujesz.- podszedł do innej z półek i także poszukiwał.
Po, jak mi się zdawało, jakiejś godzinie poszukiwań, znaleźliśmy z dziesięć ksiąg Ksenosa Wielkiego. Usiedliśmy do stołu i zaczęliśmy kartkować oprawione skórą wiersze.
   Siedzieliśmy obok siebie, schyleni,  nad ostatnią już, księgą. Nasze głowy opierały się o siebie nawzajem, zbyt zmęczone by się ruszyć. Litery rozmywały nam się przed oczami, opadające powieki przytrzymywane palcami, niesamowity ból głowy- otępiało nas to skutecznie.
- Słuchaj, jeżeli w poprzednich dziewięciu nic nie ma, to może i w tej też nie znajdziemy.- powiedział sennym głosem Marcin, prawie już zasypiając.
- Być może, ale zawsze warto się upewnić.- dalej niezmordowanie przerzucałam strony.- Ej! Coś znalazłam!
Mój mózg natychmiast zaczął pracować, powieki nie opadły, a tekst stał się teraz bardzo wyraźny.
- Co? Czytaj szybko!- ten śpioch nagle się obudził.
- No, więc tak...- lekko chrząknęłam, bo zaschło mi  w gardle-
Jak z Hadesu wyrwane demony,
Do świata boskiego wparowały,
Kryształy w rękach trzymały,
Wodę, Ziemię, Powietrze pochowały,
Posejdon Kryształ  trzyma w odmętach swej wody,
Straszliwy Hades, by kryć się ma powody,
Bo i on Kryształ w swe łapy dostał,
Helios, bóg Słońca, na swej kuli ognistej Kryształ trzyma od kiedy świt wstał,
Wiedzą o nich, lecz nie pożądają, bo demon im je dał,
Czekają, więc Kryształy,
Aby ich prawowite ręce odebrały,
Na wieki.
Wyzwolone od złych mocy.
- To jest takie beznadziejne, aż mnie uszy bolą od tego beztalencia.- jęknął przeciągle Marcin.- Czekaj. A zarazem tak genialne! Tak prosto napisane, żadnych aluzji. Koleś dokładnie powiedział co i jak, czarno na białym. Tak mu dziękuję za te proste wypociny! 
- Oh! Tak! Wreszcie koniec!- wydałam z siebie nieartykułowane dźwięki i podniosłam z triumfem ręce- Dzięki Ci Boże, że już koniec, a jednocześnie przeklinam! Dlaczego musiała być to ostatnia księga, a nie pierwsza? Dlaczego ja się pytam?
Jednak, choć tak się użalaliśmy nad naszym losem, byliśmy bardzo zadowoleni z całego obrotu sprawy.
- Już wszystko w porządku, tak, już dobrze.- mój przyjaciel położył mi rękę na ramieniu.- Chodź, wynośmy się stąd.
- Tak, tylko czekaj- mówiąc to, zgięłam się nad szczęśliwą księgą i wyrwałam stronę z potrzebnym nam wierszem.- Przecież nikt nie będzie chciał tych bzdur czytać. A teraz musimy je odłożyć na miejsce. 
Włożyłam złożoną kartkę między stopą, a sandałem i wraz z Marcinem zajęłam się odkładaniem wierszy na półki. Po skończonym zadaniu starannie zasunęliśmy kotarę i udaliśmy się ma przyjęcie do wielkiej komnaty, gdzie znajdowaliśmy się na obiedzie. Zdążyliśmy akurat na rozpoczęcie.
Na środku stała Hera, żona Zeusa, najwyraźniej czekając na nas.
- Jesteście. W takim razie mogę zacząć..- powiedziała,  szykując się na dłuższą przemowę.
- Patrzcie! Spadające Gwiazdy!-usłyszałam czyjś krzyk z tarasu.
Wszyscy natychmiast się tam udali.
- Nigdy nie widziałam spadających gwiazd.- powiedziałam Marcinowi, który stał tuż obok mnie. Jak wszyscy, spoglądaliśmy na niebo.
- Teraz to my nimi jesteśmy.- powiedział, wskazując na jedną z nich.
Przyznałam mu w duszy rację.

wtorek, 30 grudnia 2014

Rozdział 6

Powiedział to w jakimś dziwnym języku. Choć  brzmiało to bardzo obco, ja jednak go zrozumiałam, a nawet potrafiłam mu odpowiedzieć.
- Yyy... cześć.- dygnęłam lekko.
- Jestem Akrogos, boski sługa. Jeszcze żaden człowiek nie ośmielił się wstąpić w boskie progi, a więc kim wy jesteście?
- Imię me brzmi Hesperos, to zaś Asteria.- ów "Hesperos" spojrzał na mnie i lekko uśmiechnął.- Przybywamy z bardzo daleka, bo aż ze... sklepienia niebieskiego.
- Ależ oczywiście, jak mógłbym was nie poznać, o czcigodni- ukłonił się jeszcze niżej i wpuścił nas do środka przez te wielkie piękne drzwi.- Znam historię wszystkich bogów, ale jeszcze nigdy nie słyszałem byście odwiedzili ten pałac.
- Tak... postanowiliśmy zmienić bieg historii, wprowadzić zmiany w życiu nas wszystkich, a tak poza tym to przecież nasza rodzina.- czułam jak na moich policzkach pojawia się rumieniec.
Nie lubiłam kłamać, choć trzeba przyznać, że robiłam to całkiem dobrze( oczywiście tylko w ogromnej potrzebie). Ale teraz właśnie nastąpił moment mojego załamania. Rumieniec! Co za wstyd. Spojrzałam  na Akrogosa, ale on chyba nie spostrzegł niczego podejrzanego. W tej chwili zdałam sobie sprawę, że wciąż stoimy w tym samym miejscu, przy zamkniętych już drzwiach. Akrogos również stał obok nas i już miałam zapytać czy nas oprowadzi, ale on nagle odwrócił się ku marmurowej ścianie i zadął w zamontowany tam złoty róg. Głośny dźwięk rozszedł się szybko po ogromnej przestrzeni wysokiego na kilkanaście metrów przedsionka. Ów przedsionek, jak wspomniałam bardzo przestrzenny, był niemalże pusty. Na samym jego środku stała kolejna fontanna przedstawiająca smoka o kilku głowach, a z każdej z nich lał się strumień wody. Na wprost, za fontanną, znajdowały się schody do nieznanych mi jeszcze pomieszczeń. Na boki od fontanny rozchodziły się dwa szerokie korytarze. Wszystkie zaś ściany ozdobione były przepięknymi freskami, przedstawiającymi ogrody pełne drzew, kwiatów i dzikich zwierząt. Fresk na suficie pokazywał błękitne niebo z kilkoma tylko chmurami. Będąc tutaj poczułam się bliżej natury niż stojąc tam, na zewnątrz. Całego efektu dopełniał słodki zapach kwiatów umieszczonych w każdym kącie w porcelanowych dzbanach. Wróciłam do rzeczywistości. W momencie kiedy odsunął usta od złotego przedmiotu, a głośny dźwięk naraz umilkł, znikąd jakby stanęli przed nami dwaj mężczyźni ubrani podobnie do Marcina.
- Mekos i Kajtos zaprowadzą was do waszych siedzib, a kiedy się rozgościcie zapraszam na obiad. Do zobaczenia.- ukłonił się nisko i poszedł w stronę prawego korytarza.
Jeden z mężczyzn skinął głową, dając znak byśmy poszli za nimi. Ruszyli przodem omijając fontannę i kierując się na schody. W czasie wspinaczki po stopniach zwróciłam się do Marcina:
- On naprawdę nam, no wiesz, uwierzył.- ostatnie słowo powiedziałam bezgłośnie, ruszając tylko ustami. Zrozumiał. Pokiwał głową i uśmiechnął się szeroko.
-I to jak.- wyczytałam z jego warg.
Doszliśmy do ostatniego stopnia i stanęliśmy na środku wąskiego korytarza.  Mekos i Kajtos skręcili w lewo. Idąc za nimi rozglądałam się wokół.  Lewa część korytarza, czyli biała ściana, była pusta, zaś po prawej stronie ciągnął się szereg pokoi bez drzwi. Zamiast nich wisiały zwiewne kotary o ciemnym kolorze, skutecznie zasłaniając wnętrze pomieszczeń. Na samym końcu korytarza zatrzymaliśmy się przed dwoma pokojami także zasłoniętymi kotarami. Na znak mężczyzn weszłam do jednego, tego ostatniego, Marcin zaś udał się do sąsiedniego pomieszczenia. Odsunęłam kotarę i przede mną  ukazał się duży pokój. Niezliczone ilości światła wpadały przez jedno wielkie okno naprzeciw wejścia. Właściwie nie wiem czy można nazwać to oknem, ponieważ był to zwykły prostokąt wycięty w ścianie, oczywiście bez szyby. Za dnia wpadające tu promienie mocno ogrzewały, zaś nocą było tu pewnie niemiłosiernie zimno. Oprócz wielkiego "okna" znajdowało się tu także szerokie łoże. Kiedy się mu przyjrzałam, dostrzegłam jak misternie zostało zrobione. Rzeźbione w drewnie winorośla ciągnęły się przez całą jego powierzchnię. Miejsce mojego spania przykryto puchową pościelą. O tak, na pewno się przyda. Po drugiej stronie pokoju stał potężny kamienny stół ozdobiony kwiatami w wazonie. A i jeszcze szafa. Zdobiona podobnie do łóżka, stała naprzeciw niego. Otworzyłam, może znajdę tam bieliznę. Pusta. Szlag by to wziął! W takim wypadku nie pozostaje mi nic innego, jak wykombinować ją sama. Ale to potem. Spojrzałam jeszcze raz na pokój i wyszłam odsuwając kotarę. Zasunęłam ją dokładnie, a na korytarzu czekał już na mnie Marcin.
- Podoba ci się?- zapytał idąc już schodami w dół.
- No cóż... dupy nie urywa.- odpowiedziałam jak najbardziej szczerze.
- Właśnie nie mogłem znaleźć określenia, ale to jest idealne.
Zaśmialiśmy się cicho. Gawędząc tak, doszliśmy do fontanny i skręciliśmy w ten sam korytarz, którym wcześniej udał się Akrogos. Wraz z jego początkiem czar ogrodu prysł, zastąpił go natomiast obraz starożytnego miasta. Bogate wille patrycjuszy, niemal białe jak śnieg, jaśniały pośród lepionych z gliny i pokrytych słomianymi dachami chat biedaków. Nie było tam żadnych ludzi, tylko domy, drzewa i bydło.
Bogowie nie lubią ludzi, ale są w stanie ich tolerować w momencie, kiedy budują im świątynie i składają ofiary. Zdarzają się też przypadki miłości pomiędzy bóstwem, a jego wyznawcą. Owocem tego związku jest tytan- pół człowiek, pół bóg.  Przykre zjawisko nienawiści i jednoczesnej miłości. Rozmyślając tak, szłam wgłąb korytarza ciągnąc palcem po ścianie, wciąż na nią patrząc.
- Hej, wszystko w porządku?- mój przyjaciel położył mi rękę na ramieniu.- Jakoś tak dziwnie patrzysz na te ściany. Chyba ci się nie podoba to miasto.
- Tak, nie podoba. Wiedziałeś, że nie ma tam ludzi?- zapytałam zamyślona.
- Zauważyłem. Nie będę tu na bogów bluzgał, ale aż się ciśnie jak widzę ich egoizm i pychę.- zauważyłam jak zaciska pięści.
- Spokojnie, jeszcze my się z nimi policzymy, zobaczysz. W imię ludzi!- chciałam to wywrzeszczeć, ale nie wypadało, więc powiedziałam to nieco głośniej niż zazwyczaj.
- W imię ludzi!- powtórzył za mną i udał, że podnosi niewidzialny kieliszek.
Zrobiłam to samo i oboje się nimi stuknęliśmy. To był nasz toast i wiedzieliśmy dobrze, że w końcu się ziści. Choć potrzeba na to sporo lat, ludzie w końcu odwrócą się od bogów i wybiorą inną religię. Porzucą ich jak starą zużytą i mokrą szmatę. A my nie musimy w to nawet ingerować. Cudownie. Korytarz doprowadził nas do sali trochę mniejszej od przedsionka, pełnej światła promieni przedostających się przez duży taras. Na samym środku sali stał kilkumetrowy prostokątny stół, zasiadali przy nim najważniejsi bogowie w całym Olimpie. I wszystkie spojrzenia skierowane były na nas.
- Jesteście już, siadajcie.- Akrogos wskazał nam miejsca na samym początku stołu. Usiadłam, a po mojej lewej zasiadł Marcin. Spojrzałam na prawo. Krzesło niczym tron, a na nim siwy brodaty mężczyzna  umięśnionej postury, patrzył prosto na mnie. Twarz o stalowych, poważnych choć nie starzejących się rysach, jego oczy zimne jak lód, nie wyrażały konkretnego uczucia, a przynajmniej ja nie potrafiłam niczego wyczytać. Cała ta majestatyczna postać patrzyła w moje oczy, a ja się jej bałam. To był ZEUS.

czwartek, 27 listopada 2014

Rozdział 5

Coraz szybciej poruszałam skrzydłami, by jak najprędzej dotrzeć na miejsce. Dzięki temu leciałam krócej niż zazwyczaj, ale byłam też nieźle zasapana. Rozmawiałam z rodzicami, pytałam się czy przylecą, ale oni wykręcali się głupimi wymówkami, a ja i tak wiedziałam, że rada im zabroniła. Wiedziałam także, że nie mogli mi powiedzieć, więc się nie sprzeciwiałam.  Jednak nie będę za nimi tęsknić ani przez chwilę, oni też pewnie nie przejmą się moją dłuższą nieobecnością. Trudno, przecież sami do tego doprowadzili. Nie czas jednak na rozmyślania, wreszcie doleciałam. Tak jak poprzednio, na placu obok zamku, w oświetlonym pochodniami okręgu, stało to samo towarzystwo, co na ostatnim spotkaniu. Rodziców Marcina także nie było. Kiedy wylądowałam tuż przed nim, zauważyłam jego niezadowolony wyraz twarzy, w przeciwieństwie do mnie był bardzo zły, ale tak samo jak ja zdenerwowany. Zdążyłam szepnąć mu do ucha, że do niczego go nie zmuszałam, kiedy przewodniczący rady, Walijski, skinął na nas głową, dając znak byśmy ruszyli za nim. Wraz z zastępcą i i minister od spraw międzywiekowych,  prowadził nas przez wydeptaną ścieżkę w stronę zamku. Spojrzałam na otaczające nas drzewa, na ciemną wodę widoczną z tej wysokości i zaczęłam zastanawiać się nad jakimś fajnym biwakiem, próbując odciągnąć myśli od tego, co zaraz się wydarzy. Doszliśmy wreszcie stromą drogą na szczyt, zatrzymaliśmy się tuż przed wejściem. Wokoło panowała martwa cisza, nikt z nas nie zamienił nawet słowa. Po długim milczeniu Walijski odezwał się jako pierwszy:
- Stosujcie się do wskazówek, tylko tyle mogę powiedzieć. Na tyle mi pozwolili.- mówił, jak zawsze, nie spiesząc się.- Reszty musicie dociec sami.
Wyciągnął pęk kluczy, wybrał jeden i otworzył nim stare, zardzewiałe drzwi. Głośno zaskrzypiały. Wpuścił nas do środka, zamykając je za sobą. Zastępca i pani minister szli pierwsi, prowadząc nas  murowanym korytarzem wprost do przeciwległej komnaty. Ja i Marcin szliśmy obok , mocno zdenerwowani, nie odzywając się do siebie. Idący za nami Walijski, stawiał głośne kroki w swoich pantoflach. W takiej chwili byłam wyczulona na każdy dźwięk. Wchodząc do komnaty poczułam ostry zapach stęchlizny i od razu zauważyłam dwa zdechłe szczury.Widać mało płacą tutejszym sprzątaczkom. W komnacie było jednak coś o wiele ciekawszego niż rozkładające się gryzonie. Na samym środku, niebieskim światłem jarzyła się ogromna dziura wielkości podwójnych drzwi.
- Za chwilę przejdziecie przez rozłam w czasie, trzymajcie się blisko siebie.- poważny głos zastępcy rozniósł się głośnym echem po pustym pomieszczeniu.- I pamiętajcie, by nie namieszać im w całym tym skomplikowanym świecie. Szukajcie odpowiedzi u bram wielkiego Olimpu, bo kto pyta, ten nie błądzi.
Och, niech oni już skończą! Kazali nam stanąć tuż przy wielkiej dziurze( nareszcie!) i złapać się za ręce.
-Dobra, wszystko super, ale...
To były ostatnie słowa Marcina, kiedy zostałam nagle zepchnięta wraz z nim prosto w niebieską przestrzeń. Tak naprawdę nie chciałam żeby kończyli, miałam tak dużo pytań! Teraz było już za późno, leciałam w przeszłość. Jedyne co widziałam, to nieprzenikniona ciemność, żadnego światła na końcu. Nie było niczego, co mogło oznaczać koniec tego wiecznego tunelu. Wciąż trzymając się ręki mojego przyjaciela, leciałam mając wrażenie,że to nigdy się nie skończy. Wreszcie w jednej chwili zostaliśmy jakby wypluci przez tunel prosto na jakieś miękkie podłoże, nic jednak nie byłoby w stanie zamortyzować takiej siły upadku, więc leżałam  przez dłuższą chwilę, z mocnym bólem całego ciała. Kiedy wreszcie się podniosłam, spojrzałam tylko na miejsce mojego upadku, a była to zielona traw.Mnóstwo trawy wokół mnie. Wiedziałam, że nie mogę tak tu stać, więc ruszyłam do przodu, ku wielkiej marmurowej bramie. Rany, już samo wejście było niesamowite. Wielkie rzeźby orłów stojące na kolumnach przy bramie spowodowały, że westchnęłam z zachwytu. Takie kolumny mógłby sprawić sobie każdy bogatszy, ale te były zrobione z najprawdziwszego  złota. Postawiłam pierwsze kroki ku bramie, ale ból w nogach spowodował, że upadłam. Jęknęłam tylko cicho i podczołgałam się kawałek, tylko tak mogłam się tam dostać. Odwróciłam głowę w stronę Marcina, on także się czołgał. Poczekałam aż się zrównamy, otworzyłam usta, by coś powiedzieć, jednak zrobił to pierwszy:
- Nawet nic nie mów! Nigdy więcej podróży w czasie.
Nie odzywając się, czołgałam się, aż zmęczona dotarłam do bramy. Mój przyjaciel był jednak szybszy, podciągnął się na rękach, łapiąc za jakąś wystającą część bramy. Dopiero teraz zauważyłam, że nie mamy na sobie naszych starych ciuchów, tylko najprawdziwsze togi ! I w tym czasie zorientowałam się również , że nie mam  bielizny, postanowiłam  nie informować go o tym fakcie. Marcin miał na sobie jakby biały ręcznik obwinięty wokół bioder, jednak z innego materiału. Mógłby mi teraz podziękować, ponieważ za moją namową zaczął chodzić na siłownię. Jeszcze rok temu wyglądał bardzo przeciętnie, teraz jednak w tym " ręczniku" mógłby konkurować ze wszystkimi bogami bez wyjątku. Moja toga była przewieszona przez jedno ramię, wyglądała jak  sukienka, zrobiona z lekkiego materiału. I ja także poczułam się niczym te wszystkie piękne boginie znajdujące się na wielu obrazach, widziane przeze mnie w  galeriach sztuki. W czasie moich rozmyślań brama stała już przed nami otworem na pałac władców Olimpu. Zanim jednak się tam dostaniemy, musimy przeczołgać się przez wielki ogród pełen, z tego co zdążyłam zauważyć, mnóstwa rzeźb i pięknych roślin. To naprawdę zachwycające, jak daleko są bogowie od śmiertelników pod względem rozwoju cywilizacji. Wejście do ogrodu zrobione było z wysokiego nieostrzyżonego żywopłotu, przez który gdzieniegdzie przebijają się łodygi z cudownymi kwiatami nieznanego mi gatunku. Pomyślałam, że nie mogę tak ciągnąć nóg przez całą drogę do, jak się spodziewałam, pięknej willi. Przezwyciężyłam ból i powoli wstałam, choć nadal moje nogi łapał silny skurcz, to zrobiłam parę kroków.Odwróciłam się i pomogłam wstać temu złośnikowi Marcinowi. Jęknął tylko cicho, kiedy stawiał pierwsze kroki, ale przy kolejnych dawał już sobie radę. Teraz, kiedy mogłam normalnie chodzić, mogłam podziwiać cały ten ogród. Przechodząc przez wejście zrobione z żywopłotu, postanowiłam lepiej przyjrzeć się tym ciekawym rzeźbom. Przechadzając się w skórzanych sandałach po zielonej trawie, podeszłam bliżej jednej z rzeźb. No tak, te piękne marmurowe posągi nie przedstawiały nikogo innego, jak samych olimpijskich panów i pań. Rozglądając się dookoła, tylko upewniłam się, że ich pycha jest równie wielka jak ich władza. Lekko kuśtykając, w brudnej szacie( gdzie ja znajdę odplamiacz?), wolałam oglądać rośliny.
- Jak myślisz,my też dostaniemy posągi?- Marcin popukał w jeden z nich.- Mój postawiliby...gdzieś przy samym wejściu, a twój może przy wychodku?
- Bardzo śmieszne. Żebyś się jeszcze nie udławił tymi żarcikami..- machnęłam ręką, ponaglając go.- Musisz to zobaczyć.Chodź.
Stałam właśnie przy małym wodospadzie, umieszczonym daleko od głównej ścieżki.
- Co to takie...- natychmiast się cofnął, widząc to,  co wskazałam mu palcem.- Cofnij się lepiej od tego paskudztwa.
- Nie sądziłam, że to cię aż tak wystraszy. Dla mnie wydaje się raczej... interesujące.
- Żartujesz sobie chyba? To jest okropne,! Chodźmy, zanim ożyje.
- Nie sądzę żeby to miało już ożyć.
- Och, cicho bądź.-naprawdę go to przerażało, a tego się po nim nie spodziewałam.
Staliśmy właśnie, patrząc na ohydnego stwora, który znajdował się za strumieniem wodospadu. Nie mam pojęcia do czego mogłabym porównać to coś, ale mogło by to być coś na podobieństwo  goblina z miękką różową skórą,  jego oczy zostały najwyraźniej wydłubane,  zęby, przypominające lwie kły, całkowicie sczerniały. Byłam pewna, że ten stwór jest prawdziwy, ale także równie mocno przekonana, że nie byłby w stanie ożyć.
- Chodź wreszcie, nie mamy całego dnia!- złośnik złapał mnie za łokieć i skierował ku głównej ścieżce. Szliśmy w szybkim tempie, więc nie zdążyłam obejrzeć całego ogrodu. Jednak to, co po chwili ujrzałam, całkowicie zrekompensowało mi roślinki. Stałam właśnie przed najpiękniejszą budowlą, jaką w życiu widziałam, a była to właśnie siedziba bogów. Wysokie grube kolumny zachwyciły mnie dogłębnie, na samej górze, na tak zwanym  fryzie, widać było pięknie rzeźbione sceny z życia Olimpu. Budynek był piętrowy, a do wejścia prowadziły kilkuset stopniowe schody, dość szerokie, by w jednym rzędzie pomieścić trzydziestoosobową klasę. Zanim jednak weszliśmy po schodach, spojrzałam jeszcze raz na kolumny, a potem na dach, a tam na akroterionie stały...posągi gryfów. Od razu nabrałam jeszcze większej ochoty na wejście do tego cudownego pałacu. Zostawiliśmy za sobą piękny ogród i zaczęliśmy żmudną wędrówkę po marmurowych schodach, nie odezwaliśmy się do siebie ani słowem, byliśmy za bardzo urzeczeni tym białym starannie wykonanym dziełem. Długo szliśmy gubiąc kolejne stopnie, aż wreszcie spoceni i zasapani stanęliśmy przed zdobionymi drzwiami, wykonanymi chyba ze złota.
- No dobra, jesteśmy, a teraz co mamy zrobić?- zapytał mnie, ciężko dysząc, Marcin.- Zapukać, czy coś?
- Tak chyba będzie najlepiej.
I już podniosłam rękę, by uderzyć w ciężkie drzwi, kiedy same się otworzyły.Przed nami stanął jakiś kmiotek, na pierwszy rzut oka, ich sługa.
- Witam- kmieciu ukłonił się nisko.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Rozdział 4

16 listopad
Ines, ty i Marcin dokładnie za tydzień wyruszycie na swoją pierwszą misję do starożytnej Grecji. Waszym zadaniem będzie  jak najszybciej odnaleźć trzy Kryształy Życia: Ziemię, Wodę i Powietrze.Jest to niełatwe zadanie, a wykonać je możecie tylko z pomocą bogów, ponieważ wampiry nie mogły ukryć Kryształów bez ich wiedzy.Podczas procesu cofania się w czasie nie będzie czasu na wyjaśnienia, więc przedstawiamy Ci instrukcje potrzebne do wykonania misji:
 Ty i Marcin znajdziecie się automatycznie na Olimpie, w siedzibie bogów.
 Przedstawcie się jako bogini gwiazd, Asteria i bóg Gwiazdy Wieczornej, Hesperos. Przybyliście wprost z nieba, by po raz pierwszy odwiedzić innych bogów.
Będziecie mieszkali na Olimpie  póki nie znajdziecie Kryształów.
Musicie zaprzyjaźnić się z każdym, kto ma istotne informacje, a dokładnie z Hermesem, Ateną i Heliosem, który cały czas siedząc na Słońcu, widzi całą Grecję. 
Pamiętajcie, by pod żadnym warunkiem się nie zdradzić ani nie nawiązywać bliższych wiadomości. 
Uważajcie na siebie, cały mitologiczny świat aż roi się od niebezpieczeństw. 
Tylko wy możecie nas uratować.
23 listopada na zamku.
Rada gryfów
Trzymałam drżącymi z podekscytowania dłońmi ten dziwnie napisany list i nadal nie mogłam uwierzyć. Moja pierwsza misja! Jak to cudownie brzmi. To przecież już za tydzień! Chciałam zadzwonić do Marcina, ale pomyślałam, że tylko go rozzłoszczę.Porozmawiamy w szkole.Wiadomość dostałam bardzo późno, więc włożyłam ją do szuflady szafki nocnej, stojącej obok mojego dwuosobowego łóżka.Wiedziałam,że rodzice nie będą zadowoleni z tego listu, nawet nie miałam zamiaru ich o tym informować, Rada to załatwi.
Wskoczyłam pod ciepłą kołdrę, ubrana w starą koszulę nocną z nadrukiem Kubusia Puchatka( świąteczny prezent od babci) i starałam się jak najszybciej zasnąć,jednak nie mogłam, ponieważ po głowie krążyły mi niezliczone przygody, jakie wydarzą się podczas podróży w czasie. W końcu zmęczona zasnęłam. Nic mi się nie przyśniło. Usłyszałam dźwięk budzika, jednak nie zrzuciłam go na podłogę, to nic by nie dało. Szybko wstałam, aż zakręciło mi się w głowie,  poszłam do łazienki z zamiarem dokonania wszelkich starań, by nie wyglądać jak zombie. Kiedy mi się to udało, wróciłam do swojego pokoju, wyjęłam z szafy wyprasowaną już bordową koszulę,założyłam obcisłe jeansy, a  na nogi włożyłam moje ulubione buty firmy Nike. Złapałam plecak i cała w skowronkach pobiegłam na dół na śniadanie. Tam czekała już na mnie jajecznica i moi rodzice. Wyraźnie mnie oczekiwali, gdyż ich śniadanie było nienaruszone, a oni patrzyli się dokładnie w moje oczy.
- Ines.- zaczął tata cały czerwony na twarzy- Wiemy już o wszystkim. Dlaczego nam nie powiedziałaś?
Widać było, że jeszcze chwila, a wybuchnie jak wulkan.
- Ale o czym?- postanowiłam udawać głupa, choć dobrze wiedziałam o co mu chodzi
-Kochanie, jak to o czym? O twoim zadaniu.- mama była bardzo spokojna w porównaniu do ojca. Po prostu był zazdrosny, wiedziałam o tym.
- Ach! O tym.- nadal udawałam- Pomyślałam, że nie jest to dla was za bardzo istotne.
- Nie jest istotne?- ojciec już prawie krzyczał-Jak może być nieistotne? Przecież moja córka dostała szansę od losu! W końcu może udowodnić z jakiej jest krwi.
- Jesteśmy z ciebie tacy dumni.- moja mama mocno mnie uściskała
-Co? Dumni?- ogromnie zdziwiona tylko to zdołałam wydusić
- A czego się spodziewałaś? 
- Nie mam pojęcia czego mogłabym się po was spodziewać.- spojrzałam na zegarek na moim nadgarstku- Och! Spóźnię się na autobus.
Szybko wstałam, złapałam kurtkę i z plecakiem zawieszonym na ramionach wybiegłam z domu w kierunku przystanku autobusowego. Zdążyłam na czas, wskoczyłam do pojazdu, postanowiłam jednak nie siadać wspominając niemiłe spotkanie z dziwną staruszką. Kiedy tak stałam trzymając się za przeznaczoną do tego rurę, głęboko zastanowiłam się nad zachowaniem moich rodziców. Od kiedy to oni byli ze mnie dumni? Chyba pierwszy raz to od nich usłyszałam. Więc to musi być coś naprawdę ważnego. Nie powiedzieli mi tego nawet kiedy zdobyłam maksymalną liczbę punktów z całego testu gimnazjalnego. To było jedno z moich największych osiągnięć. Choć szkoła, którą wybrałam nie jest najpiękniejsza, to zasługuje na miano najlepszej w województwie,ale dyrektor zamiast przeznaczyć pieniądze na jej wyremontowanie woli wybudować kolejny dom dla siebie i swojej rodziny. Słowo "dumni"nadal brzęczało mi w głowie.
Dziś chyba nic nie zepsuje mi dobrego humoru. A jednak.
Woźne to zołzy. Kiedyś moi znajomi podrzucili do pokoju, gdzie wszystkie panie sprzątające miały swoją siedzibę, śmierdzącą bombę. Panie widziały jak idę z nimi korytarzem, skojarzyły sobie jak głośno śmiałam się, kiedy bomba wybuchła, a teraz się mszczą. Schodziłam na dół do szatni bardzo zamyślona, jedna ze sprzątaczek to wykorzystała i podstawiła mi pod nogi miotłę. Padłam jak długa na brudną posadzkę.Ta miotła to chyba tylko na pokaz. Podnosząc się z podłogi spojrzałam na jej twarz. Teraz to ona się śmiała. Wstałam, plując przy tym piachem, skierowałam się szybko do szatni. Ja się  jeszcze zemszczę. Jednak to zdarzenie nie jest w stanie popsuć mi humoru. Zadzwonił dzwonek na pierwszą lekcję. Pobiegłam szybko do sali, by tam znów niemiłosiernie się nudzić. Nie mogłam się już doczekać długiej przerwy, bo dobrze wiedziałam kogo znajdę na stołówce. Kiedy tylko tam weszłam, poczułam swąd przypalonej zupy. Mam nadzieję, że Marcin właśnie jej nie je.Znalazłam go na samym końcu, przy oknie. Nie czekając na zaproszenie, usiadłam naprzeciwko niego.
- Czy zawsze musisz przychodzić kiedy jem?- zapytał zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć- Nigdy nie mogę w pełni zasmakować tego boskiego pożywienia.
Oczywiście była to ironia. Odsuwając talerz, skrzywił się z obrzydzenia. Widać jednak było, że miał dziś lepszy humor.
- Powinieneś mi dziękować. Gdybyś kiedykolwiek dokończył któreś z tych dań, pewnie za tydzień byłabym na twoim pogrzebie.
- Dobra, dobra, skończmy ten temat. Wiem po co tu przyszłaś.- schylił się i ściszył głos- Też dostałem ten list.
- I co? Nie mów, że się nie cieszysz. Przestań, przecież widzę.- uśmiechnęłam się do niego najładniej jak tylko potrafiłam i powiedziałam rozmarzonym głosem.- Wyobraź to sobie: siedzisz na samym szczycie góry, otoczony naturą. Czy nie widzisz tego wielkiego zachodzącego Słońca? Albo pięknego Księżyca?
Na jego pochmurnej twarzy natychmiast pojawił się szczery uśmiech.
- No, cóż... może masz rację. Przekonamy się za tydzień, a do tego czasu za bardzo się nie ekscytuj.
- To chyba będzie najdłuższy tydzień w moim życiu- westchnęłam tylko, kiedy usłyszałam dzwonek na lekcję.
Wstaliśmy od stołu i skierowaliśmy się ku wyjściu ze stołówki. Chodziliśmy do innych klas. Siedziałam na kolejnych lekcjach jak na szpilkach, nie mogąc doczekać się ich końca. Wreszcie siedem godzin przeminęło, że tak powiem z wiatrem. Szłam właśnie w stronę przystanku autobusowego, dźwigając ciężki plecak, kiedy ktoś zastąpił mi drogę. Była to moja koleżanka, Agnieszka. Od razu zauważyłam zmianę na jej twarzy. Ta zwykle roześmiana niebieskooka blondyneczka miała teraz ciemne,  niemal czarne loki. A jej oczy! Były czarne, dobrze wiedziałam co się z nią stało. To ONI ją zamienili. Automatycznie cofnęłam się o kilka kroków,a ona zrobiła to samo.
- Coś się stało? Czyżbyś się  mnie bała?- powiedziała to tym samym skrzekliwym głosem co wszyscy łowcy gryfów.- Chciałabym ci powiedzieć, że nie masz czego, ale niestety nie mogę.
Już miałam odpowiedzieć, kiedy nagle złapała mnie za gardło. Jak na taką drobną dziewczynę miała naprawdę silny uścisk. Zaczynałam tracić oddech, jednak miałam jeszcze dość siły. To nie jest pierwszy raz, kiedy ktoś chce mnie zabić, ale nigdy jeszcze nie robiła tego moja koleżanka.
  Nie mogłam tracić czasu, wzięłam duży zamiach i mocno kopnęłam ją w brzuch, to jednak nie poskutkowało, a ja coraz bardziej robiłam się sina.Jednak moje kopnięcie nie poszło na marne, poczułam jak lekko rozluźnia uścisk, więc zrobiłam to jeszcze raz i jeszcze, aż zabrakło mi sił. Uścisk był na tyle słaby, że mogłam wziąć głęboki wdech i wydech. Nie miałam jednak sumienia żeby zrobić jej krzywdę, jedyne na co się zdobyłam to mocne uderzenie  w twarz, udało mi się.Puściła i upadła na ziemię. Nie marnowałam czasu, szybko pobiegłam na nadjeżdżający autobus. Kiedy byłam już w pojeździe spojrzałam przez okno. Ona nadal tam leżała, jednak wiedziałam, że najgorszą rzeczą będzie złamanie nosa. Jechałam do domu przestraszona, przeżywając niedawne wydarzenie.Kiedy w końcu uspokoiłam oddech, byłam  pod domem. Nie miałam już na nic siły, weszłam na górę do swojego pokoju i w ubraniu położyłam się do łóżka. Zasnęłam.
***
Tak jak mówiłam Marcinowi, cały tydzień ogromnie mi się dłużył. Jednak po trudnym oczekiwaniu, nadeszła niedziela, mój dzień. Rodzice cały czas mi truli o tym jacy są dumni, jak to wspaniale, że będę mogła się wykazać, a także jak powinnam się zachować, że może się to okazać bardzo niebezpieczne, jednak ja słuchałam ich  jednym uchem, nie mając ochoty na wysłuchiwanie po raz setny tego ich gderania . Nadeszła wreszcie noc. Tak jak poprzednim razem, stanęłam na parapecie i już po chwili wzbiłam się do lotu będąc gryfem. Niczego ze sobą nie wzięłam, wiedziałam, że i tak mi się nie przyda. Poleciałam. Tak po prostu. 
         


piątek, 7 listopada 2014

Rozdział 3

Co ja słyszę? Czy to nie mój ulubiony budzik. Jedyne co mogłam zrobić, to zrzucić go na podłogę. I tak też zrobiłam, ale on wciąż dzwonił. Podniosłam go. Siódma rano. To prawie noc. Spałam chyba z trzy godziny, choć jak na spotkanie i tak  dużo. Czasem wracając z takich spotkań w ogóle nie kładłam się do łóżka. No, ale cóż, szkoła czeka. Wstałam, umyłam zęby i ubrana zeszłam po schodach (tym razem bezpiecznie) , usiadłam przy stole.
-Cześć kochanie!- mama uściskała mnie na powitanie i choć robi to co rano, nigdy nie mogę się przyzwyczaić.
- Cześć mamo, cześć tat...- rozejrzałam się po kuchni, ale nigdzie nie było mojego ojca
-Och, tata wyszedł dziś bardzo wcześnie. Ma ważną sprawę do załatwienia przed pracą.
No jasne, pewnie tą "ważną sprawą" jest dowiedzenie się dlaczego to ja, a nie on został poproszony o przyjście na wczorajsze zebranie na zamku. Choć zasiada w najwyższej radzie, pewnie i tak nie dostanie odpowiedzi. Tak to już jest, niby wielka wspólnota, a plebs widzi tylko czubek góry lodowej, a jej całkowitą wielkość znają tylko ci "najwyżsi".No nic, teraz nie mam ochoty myśleć o całej tej polityce, bo już lepsze od tego jest zjedzenie naleśnika, którego właśnie podała mi mama. Najadła się, napiła, a teraz do szkoły.
Autobus. Jak zawsze wcześniej. Znów cała zasapana wleciałam do niego i usiadłam na miejscu przy oknie. Patrzyłam się akurat na park obok którego przejeżdżałam, kiedy poczułam lekkie szturchnięcie i usłyszałam głośne chrząknięcie. Spojrzałam się na istotę, która wydawała te dziwne dźwięki.Tuż nade mną stała starsza pani podpierająca się laską.Oczywiste jest, że chciała usiąść na moim miejscu, ale kiedy dokonałam  krótkich oględzin pojazdu, zobaczyłam sporo wolnych miejsc. Dlaczego chce usiąść akurat tutaj? To jej ulubione miejsce, czy może coś tu zostawiła? Może nie czuje się na sile, by usiąść dalej? To byłoby jednak niemożliwe, ponieważ zdałam sobie sprawę, że siedzę na samym tyle.Kiedy tak rozmyślałam, starsza pani nadal stała i cały czas pochrząkiwała. Skoro jest na siłach, to mogłaby przecież usiąść chodźby  miejsce przede mną. Zobaczyłam tylko pogardliwe spojrzenia pasażerów. Co ja wyprawiam? Przecież ona nadal nade mną stoi. Podniosłam głowę, by spojrzeć na jej pełne nienawiści oczy. Cóż to są za oczy! Jeszcze nigdy nie widziałam tyle bólu i znienawidzenia w jakimkolwiek spojrzeniu i nie było ono spowodowane moim zachowaniem. Niespodziewanie zgięła się, dosyć zręcznie jak na swój wiek, i wyszeptała do mojego ucha:
- Mała dziewucho, złaź z tego miejsca, ale już, bo jeżeli tego nie zrobisz, to gorzko pożałujesz.
To co od niej usłyszałam tak mnie zaskoczyło, że nie pisnęłam nawet słowa sprzeciwu, natychmiast ustępując.Kiedy tylko wstałam autobus nagle zahamował, a ja poleciałam do przodu, uderzając się w rurę. Z silnym bólem głowy szybko wyszłam z pojazdu i skierowałam się w stronę mojej znienawidzonej szkoły. Przeszłam przez dziedziniec, był to zwykły brukowany plac, gdzie dookoła rosły wieloletnie dęby i świerki, skutecznie odgradzając szkołę od reszty świata.  Na środku stał pomnik założyciela tej placówki. Nigdy nie mogę zapamiętać jak miał na nazwisko. Doszłam do spróchniałych drzwi i przeszłam do głównego korytarza . Na zewnątrz jak i wewnątrz ściany nie były malowane od bardzo dawna, więc wszędzie było widać odłażące płaty farby. Korytarz nie jest zbyt bogaty, kilka starych ławek i gablotki z pucharami. Nuuudy. Zostawiłam tylko kurtkę w szatni, kiedy zadzwonił dzwonek na pierwszą lekcję. Fizyka. Pobiegłam szybko do sali, ponieważ dobrze wiedziałam jaka punktualna jest moja nauczycielka. Zdążyłam akurat przed nią. Jak zawsze wszystko wiedziałam, ponieważ już dawno temu sama przerobiłam ten temat. Jak mi się nudziło! O tej okropnej nudzie mogłabym wiersze pisać, ba, nawet książkę! Od początku roku szkolnego nudzę się niemiłosiernie na każdej lekcji, ponieważ aż do końca semestrów przerobiłam już wszystko co się da i właśnie zajmuję się  klasą maturalną Zaspana i zniesmaczona wąsem nauczycielki biologii, dotrwałam do długiej przerwy. Szukałam Marcina po całej szkole i jak zwykle znalazłam go w ostatnim miejscu, czyli na stołówce. Właśnie jadł zupę, kiedy się do niego dosiadłam.
- Hej, Marcin.- próbowałam przekrzyczeć  głośny gwar rozmów licealistów-Wszędzie cię szukałam.
- Cześć, tak się składa,że ja ciebie wcale.- jego głos aż  ociekał jadem.-Ale widzisz jak się nam złożyło...
Bardzo szybko się denerwuję, więc i teraz poczułam to uczucie głębokiej chęci wyrzucenia wszystkiego, co we mnie w tej chwili siedzi. Postarałam się jednak opanować. Wzięłam kilka głębokich wdechów i powiedziałam:
- Posłuchaj mnie uważnie. Nie mam zamiaru znosić twojego focha. Albo wyjaśnisz mi tu i teraz o co chodzi, albo to ja będę tą "wielce obrażoną".
- To teraz ty mnie posłuchaj. - jego twarz natychmiast spoważniała - Latasz cała rozanielona po szkole, zadowolona, że to tobie przydzielili jakąś misję, a zastanów się nad tym.
- Nad czym?
- Proszę cię, Ines!- widać, że to on zaczął się denerwować- Nie zastanowiło cię dlaczego nas wybrali? Przecież te kryształy są tak ważne, nikt nie przydzieliłby nam takiej roboty.
On nawet nie wie jak bardzo mnie to zastanowiło, ale po długim rozważaniu na jednej z dzisiejszych lekcji doszłam do wniosku, że taka jest ich decyzja i tyle. I miałam zamiar powiedzieć to Marcinowi.
- Tak zdecydowali, a ty nie możesz tego podważać, bo to jest nasza szansa, rozumiesz? Szansa na wyższe stanowisko w hierarchii.
- Być może uczestniczymy w jakimś wielkim spisku, a ci zależy na stanowisku?- prawie wykrzyczał mi to w twarz- Zastanów się.
Nie zamierzam jednak odpuścić.
- Już się zastanowiłam. Jeżeli chcesz się wycofać, to proszę bardzo, ja zostaję.
Wstałam  i już miałam zamiar iść, kiedy złapał mnie za rękę i powiedział już nieco łagodniej:
- Nie, poczekaj. Nie zostawię cię tak. Siedzimy w tym razem.
Uśmiechnęłam się tylko i poszłam na kolejną lekcję.
Kiedy znów wracałam autobusem byłam nieco wystraszona możliwym spotkaniem ze starszą panią, lecz nie wsiadła na żadnym przystanku. Kiedy weszłam do domu jedyne o czym marzyłam to, to by należycie przeżyć ten piątek, a mianowicie odmówić koleżankom pójścia na imprezę i przeleżenia całego wieczoru na kanapie oglądając i jedząc do woli. Czasem wybierałam się gdzieś z koleżankami, ale bardziej pasował mi mój pomysł na spędzenie tego dnia. W każdą sobotę bardzo żałowałam mojego wcześniejszego obżarstwa, więc o poranku  je spalałam, biegając tak długo, jak tylko moje ciało było w stanie się katować. W późniejszych godzinach zazwyczaj wychodziłam gdzieś z Marcinem, a w niedzielę albo jechałam gdzieś z rodzicami, albo znów spotykałam się z moim najlepszym przyjacielem. Jednak w ten weekend nie zadzwonił do mnie ani razu. Nie zmartwiło mnie to poważnie, ponieważ w niedzielę dostałam szczegóły dotyczące mojej misji.  

    
          

piątek, 31 października 2014

Rozdział 2

Odrobiłam szybko lekcje, chyba mam jutro jakiś sprawdzian, ale to nie jest teraz ważne. Właśnie pakowałam książki, kiedy trzasnęły drzwi wejściowe. Zbiegłam szybko na dół po drewnianych, polerowanych schodach i jak zawsze poślizgnęłam się na ostatnim stopniu.
-Ty się kiedyś zabijesz na tych schodach.- krzyknęła moja mama z kuchni, słysząc jak upadam.
-Jeszcze nigdy się na nich nie zabiłam.- odpowiedziałam podnosząc się z podłogi.- Ale jest ważniejsza rzecz.
-Och, w takim razie co jest ważniejsze od twojego życia?-powiedziała kiedy pomagałam jej rozpakowywać zakupy.
Chociaż ta blond włosa, szczupła kobieta dobrze wiedziała, że jesteśmy nieśmiertelni, wciąż dawała mi wykłady jak łatwo stracić życie.Wstrzymałam oddech i powiedziałam szybko jednym tchem:
-Dostałam list! Dzisiaj jest spotkanie! W końcu!
- Dziś jest spotkanie? Dziwne, nie dostałam żadnego listu.
-Pewnie jeszcze dostaniesz, nie przejmuj się.- powiedziałam pełna przekonania.
Ale mama zdążyła zrobić obiad, posprzątać( w czym jej pomogłam) i obejrzeć  swój ulubiony serial, kiedy to mój tata zdążył wrócić z pracy, a ona nadal nie dostała żadnej wiadomości.
-Cześć kochanie,- pocałowała go w policzek- Podobno jest dziś w nocy spotkanie, wiesz coś o tym?
- Tak, wiem, ale nie dostałem listu, a to oznacza, że nie jestem zaproszony- zdjął buty i przeszedł razem z mamą do salonu- Jestem trochę zdziwiony, zawsze byłem na spotkaniach, zasiadam przecież w najwyższej radzie
Mama nie odpowiedziała, tylko odgrzała mężowi obiad i zmartwiona poszła do swojego biura. Tata zjadł, posprzątał po sobie i także poszedł do swojego gabinetu nawet nie zamieniając ze mną słowa. Może ma dużo pracy. Moi rodzice skrupulatnie ukrywali swoje prawdziwe natury. A robili to w bardzo pospolitych zawodach. Matka pracowała w miejskiej bibliotece, gdzie mogła do woli czytać wszystkie książki  jakie  się w niej znajdowały. Była także niespełnioną pisarką,która uważała, że jej powieści nie powinny ujrzeć światła dziennego.Ojciec natomiast był cieszącym się dobrą sławą prawnikiem. Ten brunet o ciemnych, niemal czarnych oczach i umięśnionej sylwetce, poświęcał się dla tej pracy całym swoim sercem. W wolnych chwilach biegał lub jeździł na rowerze. Te dwie czynności zajmowały mu tyle czasu,  w efekcie czego praktycznie nie było go w domu.Owszem, próbował jakiegokolwiek kontaktu z nami, organizując rzadkie weekendowe wyjazdy za miasto.Czasem też pytał się co u mnie. To pytanie przychodziło mu ciężko, ale i dla mnie było równie ciężko odpowiadać na nie. Właściwie po pewnym zastanowieniu jedyne co mnie z nimi łączy to,to kim jesteśmy w nieznanym ludziom świecie.
Oni poszli do swoich gabinetów, więc ja poszłam do swojego, czyli do mojej sypialni.Było trochę po dziewiętnastej, więc postanowiłam zabrać się do czytania jakiejś książki.Odziedziczyłam cechę nałogowego czytania po mojej mamie, która przeczytała już chyba większość książek w bibliotece, a także posiadała swoją własną kolekcję.
Usiadłam na szezlongu ustawionym pod oknem i zabrałam się za czytanie. Kładąc się spać ustawiłam budzik na dwunastą w nocy i zapadłam w błogi sen. Niestety błogi sen zakończył się wraz ze znienawidzonym dźwiękiem mojego budzika. Wstałam z łóżka, poczesałam skołtunione włosy, włożyłam jeansy i jesienną kurtkę i po raz  ostatni spojrzałam na mój niebieski za dnia pokój, na moje nieposłane łóżko, szafy stojące pod ścianą i duże, dębowe biurko. Po tym krótkim upewnieniu się czy wszystko jest w porządku otworzyłam okno i wskoczyłam na szeroki parapet. Wystarczyła chwila skupienia, aby z moich pleców zaczęły wyrastać wielkie, orle skrzydła, moja twarz nagle stała się orlą głową a ciało, łapy i ogon przypominały budową lwa. I tak w dosłownie kilka sekund stałam się gryfem. Odepchnęłam się mocno od parapetu, by poruszyć wielkimi skrzydłami. Zaczęłam lecieć.Wzbijam się coraz wyżej i wyżej, aż mój i inne domy stały się maleńkie. Jak ja za tym tęskniłam! Wzbić się w powietrze,poczuć wiatr w piórach! Nic nie może tego zastąpić. Leciałam tak i rozmyślałam co może być powodem tak długo zwlekanego spotkania. Każde spotkanie odbywało się na zamku w Czorsztynie i miało na celu zebranie wszystkich polskich gryfów. Spotkania te odbywają się od bardzo dawna, jeszcze zanim wybudowano zamek. Odosobniony, położony nad jeziorem, a przede wszystkim wiele wolnej przestrzeni wokół niego.Tak zwane "gryfińskie zebrania" mają na celu przedstawienie bieżących wydarzeń w mniej wam znanym świecie.Zwykle odbywają się co kilka tygodni i przylatują na nie wszyscy z mojego gatunku, jednak raz na jakiś czas jest w tym lub innym świecie jakaś misja do rozwiązania, więc nie wszyscy są "zapraszani". Zdziwiło mnie jak długo nie było spotkania, na ostatnim byłam chyba kilka miesięcy temu. I dlaczego ja dostałam list, a nie moi rodzice?
Lecę już ze dwie godziny i nareszcie widzę panoramę zamku i tą pełnię odbijającą się w gładkiej tafli jeziora. Moje skrzydła nieco zwolniły i wolno opadłam na polanę przy ceglanej budowli.Z wysokich pochodni został utworzony wielki krąg, oświetlając wszystkich zebranych. Szykuje się chyba coś poważnego, bo jedynymi zebranymi byli: przewodniczący rady gryfów, jego zastępca, pani minister od spraw między wiekowych  i..... mój przyjaciel Marcin. Kurde, a on co tu robi?
-Czekaliśmy na ciebie.-nigdy-nie-siwiejący-przewodniczący(jak go po cichu nazywam) Walijski miał iście poważną minę
-Witam i przepraszam za... hmm..spóźnienie?- naprawdę nie przypominam sobie, żeby była ustalona jakakolwiek godzina.
-Wcale się nie spóźniłaś, uh, my tylko jesteśmy tu wcześniej- krzyknęła pani minister zajmująca się podróżami w czasie, naprawdę dziwna kobieta.
Walijski podniósł rękę dając  znak, by się uciszyła.
-Powiem bez wstępnych formalności, Ines, ty i Marcin macie ważne zadanie do wypełnienia.
Spojrzałam na przyjaciela stwierdzając, że jest równie zdziwiony jak ja.
-Proszę kontynuować- powiedział Marcin.
-Otóż wampiry postanowiły się zemścić za wcześniejszą akcję i wykradły nam kryształy.
-Oh,! Wampiry! Te przebrzydłe s...-nie zdążyłam dokończyć, kiedy przerwał mi Marcin:
-Czy chodzi o kryształy Życia? Jak im się to udało?
- Tak, o nie właśnie chodzi.Nadal próbujemy do tego dojść.- po raz pierwszy od czasu całego spotkania odezwał się zastępca.
Takie krótkie wyjaśnienie.Kryształy Życia dają moc wszelkiemu życiu na Ziemi, a bez nich wszystko zginie.
- Zostały one skradzione i wysłane w czasy mitologicznej Grecji, a znaleźć je możecie tylko z pomocą greckich bogów.- spokojnie, jak na sytuację, wyjaśnił nam to Walijski
-No dobrze, ale czemu my?-teraz to ja musiałam zadać pytanie
- To już nie jest wasz interes, zostaną wam przekazane wszystkie dane, a za wykonaną robotę zostaniecie wynagrodzeni.- minister widocznie była już nieco poddenerwowana
- Oczywiście, rozumiem, ale to jest bardzo odpowiedzialne zadanie.
-Jestem pewien, że mu podołacie.- odpowiedział mi przewodniczący rady- A teraz  już dziękujemy, wszystkie wiadomości zostaną wam wkrótce przekazane.
- Ale..
-Dobranoc!
No i co miałam zrobić? Ja i mój przyjaciel wzbiliśmy się w powietrze i polecieliśmy w drogę powrotną .
- Nie sądzisz, że to...
-Dziwne? Tak wiem, ale proszę cię skończmy temat, porozmawiamy jak coś więcej będzie wiadomo.-mój przyjaciel najwidoczniej nie chciał o tym rozmawiać. Wróciliśmy do domów.
I tak właśnie, na pierwszy rzut oka niepozornie, zaczęła się jedna z moich przygód.               


środa, 15 października 2014

Rozdział 1

Szłam jak co ranek na przystanek autobusowy,by odjechać podjeżdżającym tam szkolnym autobusem. I jak co ranek, ten dupek kierujący autobusem postanowił przyjechać pięć minut wcześniej. Cała zasapana dosłownie wpadłam do pojazdu, który zawiózł mnie prosto do szkoły.   Weszłam do budynku, zostawiłam moją brązową, skórzaną kurtkę w szatni( niestety to już jesień), i usiadłam pod klasą. Spojrzałam na zegarek, zostało jeszcze parę minut do dzwonka. Pierwsza lekcja. Ohhh! Jak ja uwielbiam historię i całe te daty i pojęcia! Minęła mi bardzo szybko. Druga, trzecia, długa przerwa, czwarta. Na czwartej lekcji, czyli geografii, zostałam wezwana do dyrektora przez sekretarkę. O kurde! Albo mam bliźniaczkę, która mnie w coś wkręciła, albo chcą mi wręczyć nagrodę za całokształt mojej wspaniałości. Choć pierwsze i drugie jest niemożliwe, mam nadzieję, że to nagroda. Wstałam z ławki, wyszłam z klasy i kierując się za sekretarką, podążałam starym, wąskim korytarzem ku gabinetu dyrektora. Pan Ireneusz Nowicki to grubawy, łysiejący człowieczek, który moim zdaniem nie powinien być dyrektorem, co najwyżej sprzątać korytarze. Wstał, podał mi rękę( co za dżentelmen) i powiedział:
-Ines, ci panowie do ciebie- wskazał na siedzących na kanapie dwóch mężczyzn w garniturach i ciemnych okularach.
Co jest do diabła? Ciemne chmury im świecą? Czy może niewidoczne za nimi słońce ? Szybkie spojrzenie  kazało mi podejrzewać, że oni nie do końca są do mnie, tylko po mnie.
-Jesteśmy z Wydziału Nauk Humanistycznych i mamy zaszczyt wręczyć pani nagrodę zajęcie pierwszego miejsca w konkursie organizowanym przez ten właśnie wydział- powiedział sztucznym głosem jeden z mężczyzn.
Raczej wątpię, że ta nagroda jest prawdziwa, bo nie przypominam sobie żebym brała w czymś takim udziału.
-Bardzo mi miło panów poznać , i jestem naprawdę zaszczycona tą nagrodą- odpowiedziałam słodkim głosikiem.
-Czy moglibyśmy prosić o chwilę z panną Ines, by omówić sprawy wręczenia nagrody?- drugi mężczyzna zwrócił się równie sztucznie do dyrektora
- Ależ oczywiście, już zostawiam państwa samych.-powiedział dyrektor, zadowolony, że takie "osobowości"odwiedziły jego paskudną szkołę- Gratuluję ci, Ines.
Kiedy drzwi się zamknęły nie czekałam na okazję i wyciągnęłam mój stary, dobry pistolet M9. Najwyraźniej oni też mieli to w planach, bo po sekundzie zobaczyłam przed oczami dwie niezłe "perełki". Zdjęli okulary i od razu zauważyłam całe czarne gałki oczne. Jest to charakterystyczny kolor dla agentów specjalizujących się w zabijaniu takich stworzeń jak ja.Z tego co wiem, rodzą się oni już z takimi oczami i  po szkoleniu zostają agentami podobnymi do tych celujących do mnie.Na szczęście ja byłam szybsza i strzeliłam raz, potem drugi i już leżeli martwi. Amatorzy. Ale kiedy trafi się na takiego komandosa... ciężko ujść z życiem. Ogólnie to gryfy są nieśmiertelne, więc nie mam z tym problemu, ale boli tak jak u wszystkich. Jednak ci dwaj martwi już mężczyźni narobili mi małego problemu. Trzeba ukryć ciała, usunąć pamięć całej szkole, a to nie takie proste. Wyciągnęłam telefon z kieszeni i wystukałam numer:
-Hej! Słuchaj jest sprawa...
- Co znowu?- usłyszałam znudzony głos w słuchawce.
-Są pewne ciała... agentów-zaczęłam powoli- więc jakby dało się to jakoś szybko załatwić, zanim wszyscy się tu zbiegną.
-Dobra, zaraz się tym zajmę- mój rozmówca westchnął.
- To fajno, czekam.
Czekałam najwyżej pięć sekund, kiedy zmaterializował się przede mną mój najlepszy przyjaciel, Marcin.
-No, no nieźle-gwizdnął przez zęby-Zabieram ich, a ty zajmij się resztą.
- Dzięki wielkie-tylko tyle zdążyłam powiedzieć, kiedy zniknął wraz z ciałami.
Ktoś wyważył drzwi, a ja nacisnęłam tylko guzik w moim zegarku.Wszyscy zebrani, czyli policja, dyrektor i pogotowie patrzyli zdziwieni zastanawiając się co tu robią. Korzystając z zamieszania wyszłam z gabinetu i wybrałam się na ostatnią lekcję. Po powrocie do domu i przekonaniu się, że nie ma nic w lodówce, wbiegłam po schodach, rzuciłam plecak na podłogę mojego pokoju i tak jak on rzuciłam się na łóżko. Jednak moja drzemka nie trwała długo, gdyż zaraz usłyszałam stukanie w szybę okna. Był to jastrząb, taki nasz listonosz. Otworzyłam okno, odebrałam list i rzuciłam mu kawałek mojej szkolnej kanapki. Znów rzuciłam się na łóżko i szybko rozerwałam list. Przeczytałam treść i uśmiech pojawił się na mojej twarzy. Nareszcie jest zebranie w zamku.







To mój pierwszy rozdział, trochę krótki, ale reszta też za długa nie będzie. Pisałam go słuchając całego albumu Eda Sheerana "X". Niektórych dołuje, mnie podbudowuje. Przy okazji wrzucam link do fajnej piosenki https://www.youtube.com/watch?v=1ooPp0-UX48

czwartek, 9 października 2014

Wstęp

Mam na imię Ines i  mam "17"lat, za rok matura. Średniego wzrostu, zielone oczy, włosy nieokreślonego koloru, coś w stylu: "Kurde, to zboże czy orzech?". No, a resztę sobie jeszcze zdążycie wyobrazić. A oto moja historia. Powiem tylko, że  to co do tej pory sobie wyobrażaliście  jako niemożliwe, to właśnie teraz się  stało. Wszystko w co nie wierzycie, istnieje naprawdę. Tak, mam tu na myśli coś w stylu potwora z Loch Ness, wróżki, syreny, smoki, gobliny, anioły i wiele innych mitycznych stworzeń. Istnieje, lecz dobrze poukrywane(choć czasem im się wymyka). Nadal nie wierzycie? Cóż, nie mogę dać wam dowodów. Tak czy siak, ja jestem jednym z nich. Tylko, że u nas, czyli u naszego gatunku, sprawa wygląda nieco inaczej, bo oni są "tylko" tymi stworzeniami, a my jesteśmy także ludźmi . Hmm... Dobra sprawa wygląda tak: pewien człowiek zakochał się w gryfie i owocem ich miłości nie był żaden człowieko-gryf, tylko człowiek zamieniający się w gryfa. A działo się  to zanim Adam i Ewa poznali co to znaczy grzech.Współczesne gryfy są czymś w stylu władców mitycznego świata. Z pokolenia na pokolenie każdy gryf obejmuje stanowisko po swoim rodzicu. To my zarządzamy o wszystkim i o wszystkich, często ingerujemy w życie ludzi. Człowiek i gryf (ktoś tam się jeszcze do genów doplątał) jest to mieszanka idealna. Tak jak łącząc różne składniki otrzymujesz boską potrawę, tak i my nią jesteśmy. Naprawdę to nie wiem skąd wzięły się te wszystkie cechy, nazywane przeze mnie dodatkami. Po pierwsze jesteśmy nieśmiertelni, po drugie umiemy stać się niewidzialni, po trzecie znamy magię, po czwarte umiemy zmieniać postać. Nasze życie dzieli się na wieki, co sto lat uwieramy i rodzimy się na nowo i w tym właśnie wieku mam dopiero siedemnaście lat. Właśnie, jestem nieśmiertelna, żyję na tym świecie od kiedy ludzie nie nosili majtek.Tylko moim problemem jest to,że ktoś usunął mi pamięć sprzed tego wieku.

środa, 8 października 2014

Prolog

Patrzysz, ale nie widzisz. A powinieneś, bo dużo cię omija. Przekonasz się niedługo czego nie zobaczyłeś do tej pory,bo ktoś chce to pokazać. Ja mogę temu zapobiec. Uważaj.
Słyszysz, a nie słuchasz. Lecz tych dźwięków usłyszeć byś nie chciał, bo są to dźwięki pewnej śmierci. Uważaj.
Jest w zasięgu ręki, ale nigdy tego nie dotkniesz. I dobrze, bo  nie chciałbyś dotknąć. Choć nie będziesz chciał tego dotknąć, to może dotknąć ciebie. Uważaj.
Historia jest zupełnie inna, niż ci się wydaje. Więc UWAŻAJ.
"Wiemy tylko tyle, że nic nie wiemy"