Ale nam nie wyszło. Nie można się dziwić, kiedy wciąż byliśmy obserwowani.
No, może nie do końca. Ciągłe towarzystwo służek, które były na każde nasze skinienie, sprawiło, że poczułam się osaczona, w taki miły sposób, ale do tego nie mogę się oczywiście przyznać. Częste pogawędki z władcami tego świata, także nie ułatwiały nam roboty, choć były bardzo przyjemne. Jak się okazuje, bogowie to nie takie szuje jak myślałam(a szczególnie Apollo).
Więc teraz, siódmego dnia naszego pobytu, leżę na kanapie bez oparć, przystojny sługa wachluje mnie olbrzymim wachlarzem zrobionym z jakichś wielkich liści, zajadam winogrona i myślę.
- Hej, dzięki za wszystko, ale moglibyście zostawić nas samych?- zapytałam mężczyzn.
Kiedy obaj posłusznie odeszli, powiedziałam ponownie, tym razem zwracając się do Marcina:
- Koniec tej sielanki. Wracamy do pracy, wiesz, że się zasiedzieliśmy.
- Wiem, ale pomyśl sobie, to takie nasze zasłużone wakacje, prawda? Chyba nam się należy.- stwierdził mój przyjaciel, przeżuwając winogrono.
- Tak, ale mamy zadanie do wykonania, a wiesz jak ważne są Kryształy.- musiałam mu stanowczo zaprzeczyć.
- Nie zachowuj się jak jakiś tajny agent z misją do wypełnienia. Jak ci już mówiłem wiele razy, ta sprawa wydaje się bardzo podejrzana, przecież wiesz.- zupełnie zignorował moje słowa, po raz kolejny opowiadając o tych swoich chorych przypuszczeniach- A tak poza tym, dziś jest uroczysta kolacja, więc nie możemy jeszcze wyruszyć. Wybierzemy się o świcie, tylko się nie upij, bo nie wstaniesz.
- Wiesz, może masz racje. Skoro tak ważna rzecz jak uroczysta kolacja ma wydarzenie dziś wieczór, to przecież nie możemy się stąd ruszyć.- obojętnie jaka wymówka sprawiła, że odstąpiłam od ważnych planów i znów wygodnie się rozłożyłam, chłonąc przyjemne promienie słońca.
&&&
Po wesołej nocy przy ambrozji i nektarze, wstałam ze swojego łoża półżywa. Dopiero co nastał świt, a ja już na nogach! I ten przeklęty brak okien! Gorąco tu jak w piekle.
Umyłam zęby jakąś dziwną mazią, której tu używają, przemyłam twarz wodą stojącą w misce na stole i przeczesałam włosy złotym grzebykiem. Jeszcze tylko toga i byłam gotowa w podróż po Kryształ. Wraz z Marcinem zdecydowaliśmy, że najpierw udamy się do podwodnego królestwa Posejdona.
Jednak nie obijaliśmy się aż tak przez ten tydzień. Byliśmy jeszcze raz w bibliotece i znaleźliśmy stare mapy ukazujące cały Olimp. Z tych właśnie map wiemy już w którą stronę trzeba się udać.
Nie zaprzątając sobie myśli, gdzie konkretnie znajduje się ten cholerny Kryształ, odsunęłam kotarę i udałam się do pokoju obok. Jak się okazało, mój przyjaciel nadal smacznie spał. Nie mogłam go przecież tak normalnie obudzić, więc wzięłam miskę pełną wody i wylałam zimną ciecz na jego głowę. Zadziałało. Wyskoczył z łóżka jak oparzony.
Jednak nie obijaliśmy się aż tak przez ten tydzień. Byliśmy jeszcze raz w bibliotece i znaleźliśmy stare mapy ukazujące cały Olimp. Z tych właśnie map wiemy już w którą stronę trzeba się udać.
Nie zaprzątając sobie myśli, gdzie konkretnie znajduje się ten cholerny Kryształ, odsunęłam kotarę i udałam się do pokoju obok. Jak się okazało, mój przyjaciel nadal smacznie spał. Nie mogłam go przecież tak normalnie obudzić, więc wzięłam miskę pełną wody i wylałam zimną ciecz na jego głowę. Zadziałało. Wyskoczył z łóżka jak oparzony.
- Czyś ty zwariowała!- wrzasnął, ocierając twarz kołdrą.
- Byliśmy przecież umówieni, a ty nadal spałeś, chyba nie wyobrażasz sobie, że mogłabym zrobić cokolwiek innego?
- No, w sumie... racja. Sam też bym tak zrobił.- powiedział, wzruszając ramionami- Tak się składa, że nie zmieniłem ubrania jak szedłem spać, więc możemy już ruszać.
- Chyba lepiej będzie jak się przebierzesz, przecież masz pełną szafę ubrań.- podeszłam do mebla i otworzyłam je szeroko.- Widzisz. Wybierz coś sobie, a ja poczekam na zewnątrz.
- A co ja mam niby wybierać? Każda ta szmata wygląda tak samo, ale niech ci będzie, wypad z pokoju.
Po pięciu minutach wyszedł gotowy i razem udaliśmy się do głównego korytarza. Marcin wymyślił problem bielizny, której to brak sprawiał nam niemały dyskomfort. Z jego krótkiej togi zrobiliśmy coś na kształt pieluch, a ja obwiązywałam sobie biust niczym bandażem jedną z nich. To nam bardzo pomogło. Rozmyślając o problemach bieliźnianych tego świata, doszłam do głównego korytarza. Spojrzałam się na Marcina i zgodnie ruszyliśmy w stronę olbrzymich drzwi wejściowych.
- Jeżeli wolno spytać, to dokąd się państwo wybierają- usłyszeliśmy skrzekliwy głos za sobą.
Odwróciłam się i ujrzałam Akrogosa, stojącego przy fontannie. Ten gnom zawsze był tam, gdzie nie trzeba.
- My... - zaczął mój przyjaciel, intensywnie myśląc nad jakąś wymówką.
- Hesperos nie chciał się przyznać, że postanowiliśmy udać się na samotną wędrówkę po okolicy, ponieważ obawiał się, że bogowie pomyślą o naszej niechęci do spędzania z nimi czasu. Co jest zresztą nieprawdą, my po prostu nie zwiedziliśmy jeszcze pięknych ogrodów i lasów, a nie zamierzamy przecież wiecznie zawadzać w tym królestwie.- moja wymówka najwyraźniej działała, Akrogos natychmiast się uspokoił.
- W takim razie, życzę miłego spaceru. Jestem pewny, że są państwo tu mile widziani, więc proszę się nie obawiać.
- Dziękujemy serdecznie, ale musimy już iść, przecież tyle przed nami. Proszę spodziewać się nas po kolacji.- Marcin złapał mnie za rękę i poprowadził ku drzwiom.
Już na zewnątrz powiedziałam:
- Uruchomiłbyś te swoje trybiki trochę szybciej, nie będę przecież wiecznie za ciebie kłamać.
- Wiem, wiem, ale mnie zaskoczył, nie zdążyłem się przygotować.
- Rozumiem. Nie masz się czym przejmować.- poklepałam go po ramieniu i zaczęłam schodzić po schodach.
Już na dole udaliśmy się w prawo, kierując się wyrytą w naszej pamięci mapą.
Przez jakiś czas podążaliśmy rozległym gajem oliwnym, gdzie co jakiś czas wyrastały drzewa obwieszone soczystymi cytrusami. Miałam już pełne ręce olbrzymich pomarańczy, kiedy wreszcie gaj się skończył i przed nami ukazał się las pełen rozłożystych, poskręcanych drzew.
- Czy w tym lesie są węże?- zapytałam, martwiąc się o moje stopy okryte cienkimi sandałami.
- Nie mam pojęcia, wiesz, jakoś wcześniej się tym nie interesowałem, ale jak chcesz, to możesz wziąć patyk i w razie potrzeby dźgać gada.- znalazł na ziemi jakiś suchy badyl i pchał go w stronę gleby- O tak! I sprawa załatwiona.
Podał mi patyk, który wzięłam, ale bez zamiaru używania go. I choć las był rozległy, a nam zajęło całkiem sporo czasu, by go przejść, to na drodze nie spotkaliśmy ani jednego węża, a wędrówka nie była zbyt uciążliwa dzięki szerokim liściom zatrzymującym promienie słoneczne. Słońce świeciło już wysoko nad horyzontem, kiedy wreszcie wyszliśmy na powierzchnię.
- Może usiądźmy pod tym drzewem, zjedzmy pomarańcze i uzgodnijmy dalszy plan wędrówki- Marcin siadał już pod rozłożystą rośliną, więc i ja to zrobiłam, podając mu pomarańczę.
Sok spływał nam po brodach, a ręce były w nim niemożliwie obklejone, ale skończyliśmy posiłek i mogliśmy się naradzić.
- Zobacz, tutaj jesteśmy.- mój kompan wskazał mi las na piaskowej mapie, narysowanej patykiem.- A tu musimy być...niedługo.
Patrzyłam jak patyk przesuwa się z grudki ziemi na kolejną.
- Mamy niewiele czasu. Nie wrócimy dzisiaj do pałacu, patrząc na mapę nie jestem pewna czy dotrzemy na miejsce przed zmierzchem.- pokręciłam głową- Jeżeli jednak chcemy tam dotrzeć, to ruszajmy i to bez ociągania.
- Racja, w drogę, a spaniem się nie przejmuj, jestem pewny, że Posejdon zawiadomi kogoś z pałacu.
Wstaliśmy więc prędko i bez ociągania ruszyliśmy dalej.
Myślę, że dalsze opisy wędrówki są zbędne, ważne jest to, że wreszcie doszliśmy .
Zapadał już zmrok, kiedy zasapani, z obolałymi kończynami, staliśmy przed rozległym morzem. Napływające fale lekko obmywały nam stopy, przyjemnie chłodząc organizm.
- Wreszcie jesteśmy, ale nie do końca. Jak my się mamy, do diabła, tam dostać?- wysapał zmęczony Marcin.- Mam naprawdę wybujałą wyobraźnię, ale tego już nie wymyślę.
- Może zawołamy kogoś?- zaproponowałam- Hallo! Posejdonie! To my, Asteria i Hesperos.
- Jak będziesz się tak darła, to na pewno sam Posejdon do nas przyjdzie.- stwierdził sarkastycznie Marcin.
Sarkastycznie czy nie, miał rację. No, może nie do samego Posejdona, ale z morza nagle wyskoczyła jakaś kobieta o jaskrawych niebieskich włosach i śpiewnym głosie.
- Co was sprowadza, kompani?- zapytała z daleka.
- Przybywamy, by odwiedzić króla mórz.- odkrzyknęłam.
-Zatem podpłyńcie.
Wskoczyliśmy więc do wody, a w miarę jak zbliżaliśmy się do niebieskowłosej, "Hesperos" wydyszał, plując wodą:
- Chyba nie będę więcej kwestionował twojego działania, choć czasem jest głupie.
Uśmiechnęłam się tylko, nie wiedząc czy jest to komplement, czy obelga, i popłynęliśmy dalej w stronę kobiety. Będąc obok niej, nie zamieniliśmy nawet słowa, niebieskowłosa pokazała nam tylko, że mamy wciągnąć powietrze i płynąć za nią. Złapaliśmy w płuca sporą ilość tlenu i oboje się zanurzyliśmy. Ciężko było nam nadążyć jak się okazało, za syreną, która płynęła cały czas w głąb morza niczym strzała.
Kiedy poczułam palący ból w płucach i myślałam, że już nie dam radę, przed nami ukazała się olbrzymia przezroczysta kopuła, wewnątrz której znajdowało się miasto. Jakbym odnalazła Atlantydę.
Ostatkiem sił dopłynęłam do kopuły, moje płuca wybuchały, widok rozmazywał mi się przed oczami i wtedy syrena kazała nam tak po prostu wejść do tej kopuły. Nieprawdopodobne! To niemożliwe, a nawet jeśli, to spadniemy na sam dół miasta. Jednak powoli się dusiłam, nie zastanawiałam się więc długo i wpadłam na kopułę. Ta gruba warstwa nieznanego mi materiału, była w tym momencie niczym wielki, przezroczysty kisiel, przez który bardzo łatwo było się przedostać. Byłam już wewnątrz miasta, wzięłam głęboki wdech i spodziewałam się nagłego spadania. I rzeczywiście spadałam, ale bardzo powoli, jakby była tu ograniczona grawitacja. Spojrzałam w bok i zauważyłam, że obok mnie leci, tak samo zdezorientowany jak ja, Marcin. Po długim locie wylądowaliśmy wreszcie na ziemi, gdzie czekała na nas już gwardia królewska złożona z kilku mężczyzn o zielonkawym kolorze skóry. Wszyscy mieli włócznie i tarcze, a także bogato zdobione hełmy. Pomogli nam wstać i, tak jak syrena, nie odzywając się nakazali nam, byśmy podążali za nimi. Prowadzili nas przez to cudowne miasto, zbudowane z przedziwnych materiałów. Budynki były kolorowe i lśniące, wzniesione jakby z muszli. Nawet kształty miały podobne. Najprawdopodobniej domy mieszkalne, wyglądały jak muszle krabów, a ważniejsze budynki kształtem przypominały świderkowate rożki. Wszystko mieniło się tysiącem kolorów, co nawet w tych podwodnych ciemnościach łatwo było zauważyć. Szliśmy za gwardią przez szeroką piaskową drogę, aż wreszcie dotarliśmy. Zatrzymaliśmy się właśnie przed wspaniałym, złożonym z kilkunastu olbrzymich i pięknych muszel, pałacem Posejdona.
- Nie będzie łatwo zdobyć ten Kryształ- westchnęłam nie mogąc dostrzec szczytu najwyższego z budynków.
- Co to, to prawda, ale my jesteśmy jak Bonnie i Clyde. Zwiniemy ten Kryształ tak, że nikt się nawet nie spostrzeże.
Zaśmialiśmy się razem i podążyliśmy za gwardią do pałacu.
- Jeżeli wolno spytać, to dokąd się państwo wybierają- usłyszeliśmy skrzekliwy głos za sobą.
Odwróciłam się i ujrzałam Akrogosa, stojącego przy fontannie. Ten gnom zawsze był tam, gdzie nie trzeba.
- My... - zaczął mój przyjaciel, intensywnie myśląc nad jakąś wymówką.
- Hesperos nie chciał się przyznać, że postanowiliśmy udać się na samotną wędrówkę po okolicy, ponieważ obawiał się, że bogowie pomyślą o naszej niechęci do spędzania z nimi czasu. Co jest zresztą nieprawdą, my po prostu nie zwiedziliśmy jeszcze pięknych ogrodów i lasów, a nie zamierzamy przecież wiecznie zawadzać w tym królestwie.- moja wymówka najwyraźniej działała, Akrogos natychmiast się uspokoił.
- W takim razie, życzę miłego spaceru. Jestem pewny, że są państwo tu mile widziani, więc proszę się nie obawiać.
- Dziękujemy serdecznie, ale musimy już iść, przecież tyle przed nami. Proszę spodziewać się nas po kolacji.- Marcin złapał mnie za rękę i poprowadził ku drzwiom.
Już na zewnątrz powiedziałam:
- Uruchomiłbyś te swoje trybiki trochę szybciej, nie będę przecież wiecznie za ciebie kłamać.
- Wiem, wiem, ale mnie zaskoczył, nie zdążyłem się przygotować.
- Rozumiem. Nie masz się czym przejmować.- poklepałam go po ramieniu i zaczęłam schodzić po schodach.
Już na dole udaliśmy się w prawo, kierując się wyrytą w naszej pamięci mapą.
Przez jakiś czas podążaliśmy rozległym gajem oliwnym, gdzie co jakiś czas wyrastały drzewa obwieszone soczystymi cytrusami. Miałam już pełne ręce olbrzymich pomarańczy, kiedy wreszcie gaj się skończył i przed nami ukazał się las pełen rozłożystych, poskręcanych drzew.
- Czy w tym lesie są węże?- zapytałam, martwiąc się o moje stopy okryte cienkimi sandałami.
- Nie mam pojęcia, wiesz, jakoś wcześniej się tym nie interesowałem, ale jak chcesz, to możesz wziąć patyk i w razie potrzeby dźgać gada.- znalazł na ziemi jakiś suchy badyl i pchał go w stronę gleby- O tak! I sprawa załatwiona.
Podał mi patyk, który wzięłam, ale bez zamiaru używania go. I choć las był rozległy, a nam zajęło całkiem sporo czasu, by go przejść, to na drodze nie spotkaliśmy ani jednego węża, a wędrówka nie była zbyt uciążliwa dzięki szerokim liściom zatrzymującym promienie słoneczne. Słońce świeciło już wysoko nad horyzontem, kiedy wreszcie wyszliśmy na powierzchnię.
- Może usiądźmy pod tym drzewem, zjedzmy pomarańcze i uzgodnijmy dalszy plan wędrówki- Marcin siadał już pod rozłożystą rośliną, więc i ja to zrobiłam, podając mu pomarańczę.
Sok spływał nam po brodach, a ręce były w nim niemożliwie obklejone, ale skończyliśmy posiłek i mogliśmy się naradzić.
- Zobacz, tutaj jesteśmy.- mój kompan wskazał mi las na piaskowej mapie, narysowanej patykiem.- A tu musimy być...niedługo.
Patrzyłam jak patyk przesuwa się z grudki ziemi na kolejną.
- Mamy niewiele czasu. Nie wrócimy dzisiaj do pałacu, patrząc na mapę nie jestem pewna czy dotrzemy na miejsce przed zmierzchem.- pokręciłam głową- Jeżeli jednak chcemy tam dotrzeć, to ruszajmy i to bez ociągania.
- Racja, w drogę, a spaniem się nie przejmuj, jestem pewny, że Posejdon zawiadomi kogoś z pałacu.
Wstaliśmy więc prędko i bez ociągania ruszyliśmy dalej.
Myślę, że dalsze opisy wędrówki są zbędne, ważne jest to, że wreszcie doszliśmy .
Zapadał już zmrok, kiedy zasapani, z obolałymi kończynami, staliśmy przed rozległym morzem. Napływające fale lekko obmywały nam stopy, przyjemnie chłodząc organizm.
- Wreszcie jesteśmy, ale nie do końca. Jak my się mamy, do diabła, tam dostać?- wysapał zmęczony Marcin.- Mam naprawdę wybujałą wyobraźnię, ale tego już nie wymyślę.
- Może zawołamy kogoś?- zaproponowałam- Hallo! Posejdonie! To my, Asteria i Hesperos.
- Jak będziesz się tak darła, to na pewno sam Posejdon do nas przyjdzie.- stwierdził sarkastycznie Marcin.
Sarkastycznie czy nie, miał rację. No, może nie do samego Posejdona, ale z morza nagle wyskoczyła jakaś kobieta o jaskrawych niebieskich włosach i śpiewnym głosie.
- Co was sprowadza, kompani?- zapytała z daleka.
- Przybywamy, by odwiedzić króla mórz.- odkrzyknęłam.
-Zatem podpłyńcie.
Wskoczyliśmy więc do wody, a w miarę jak zbliżaliśmy się do niebieskowłosej, "Hesperos" wydyszał, plując wodą:
- Chyba nie będę więcej kwestionował twojego działania, choć czasem jest głupie.
Uśmiechnęłam się tylko, nie wiedząc czy jest to komplement, czy obelga, i popłynęliśmy dalej w stronę kobiety. Będąc obok niej, nie zamieniliśmy nawet słowa, niebieskowłosa pokazała nam tylko, że mamy wciągnąć powietrze i płynąć za nią. Złapaliśmy w płuca sporą ilość tlenu i oboje się zanurzyliśmy. Ciężko było nam nadążyć jak się okazało, za syreną, która płynęła cały czas w głąb morza niczym strzała.
Kiedy poczułam palący ból w płucach i myślałam, że już nie dam radę, przed nami ukazała się olbrzymia przezroczysta kopuła, wewnątrz której znajdowało się miasto. Jakbym odnalazła Atlantydę.
Ostatkiem sił dopłynęłam do kopuły, moje płuca wybuchały, widok rozmazywał mi się przed oczami i wtedy syrena kazała nam tak po prostu wejść do tej kopuły. Nieprawdopodobne! To niemożliwe, a nawet jeśli, to spadniemy na sam dół miasta. Jednak powoli się dusiłam, nie zastanawiałam się więc długo i wpadłam na kopułę. Ta gruba warstwa nieznanego mi materiału, była w tym momencie niczym wielki, przezroczysty kisiel, przez który bardzo łatwo było się przedostać. Byłam już wewnątrz miasta, wzięłam głęboki wdech i spodziewałam się nagłego spadania. I rzeczywiście spadałam, ale bardzo powoli, jakby była tu ograniczona grawitacja. Spojrzałam w bok i zauważyłam, że obok mnie leci, tak samo zdezorientowany jak ja, Marcin. Po długim locie wylądowaliśmy wreszcie na ziemi, gdzie czekała na nas już gwardia królewska złożona z kilku mężczyzn o zielonkawym kolorze skóry. Wszyscy mieli włócznie i tarcze, a także bogato zdobione hełmy. Pomogli nam wstać i, tak jak syrena, nie odzywając się nakazali nam, byśmy podążali za nimi. Prowadzili nas przez to cudowne miasto, zbudowane z przedziwnych materiałów. Budynki były kolorowe i lśniące, wzniesione jakby z muszli. Nawet kształty miały podobne. Najprawdopodobniej domy mieszkalne, wyglądały jak muszle krabów, a ważniejsze budynki kształtem przypominały świderkowate rożki. Wszystko mieniło się tysiącem kolorów, co nawet w tych podwodnych ciemnościach łatwo było zauważyć. Szliśmy za gwardią przez szeroką piaskową drogę, aż wreszcie dotarliśmy. Zatrzymaliśmy się właśnie przed wspaniałym, złożonym z kilkunastu olbrzymich i pięknych muszel, pałacem Posejdona.
- Nie będzie łatwo zdobyć ten Kryształ- westchnęłam nie mogąc dostrzec szczytu najwyższego z budynków.
- Co to, to prawda, ale my jesteśmy jak Bonnie i Clyde. Zwiniemy ten Kryształ tak, że nikt się nawet nie spostrzeże.
Zaśmialiśmy się razem i podążyliśmy za gwardią do pałacu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz