Coraz szybciej poruszałam skrzydłami, by jak najprędzej dotrzeć na miejsce. Dzięki temu leciałam krócej niż zazwyczaj, ale byłam też nieźle zasapana. Rozmawiałam z rodzicami, pytałam się czy przylecą, ale oni wykręcali się głupimi wymówkami, a ja i tak wiedziałam, że rada im zabroniła. Wiedziałam także, że nie mogli mi powiedzieć, więc się nie sprzeciwiałam. Jednak nie będę za nimi tęsknić ani przez chwilę, oni też pewnie nie przejmą się moją dłuższą nieobecnością. Trudno, przecież sami do tego doprowadzili. Nie czas jednak na rozmyślania, wreszcie doleciałam. Tak jak poprzednio, na placu obok zamku, w oświetlonym pochodniami okręgu, stało to samo towarzystwo, co na ostatnim spotkaniu. Rodziców Marcina także nie było. Kiedy wylądowałam tuż przed nim, zauważyłam jego niezadowolony wyraz twarzy, w przeciwieństwie do mnie był bardzo zły, ale tak samo jak ja zdenerwowany. Zdążyłam szepnąć mu do ucha, że do niczego go nie zmuszałam, kiedy przewodniczący rady, Walijski, skinął na nas głową, dając znak byśmy ruszyli za nim. Wraz z zastępcą i i minister od spraw międzywiekowych, prowadził nas przez wydeptaną ścieżkę w stronę zamku. Spojrzałam na otaczające nas drzewa, na ciemną wodę widoczną z tej wysokości i zaczęłam zastanawiać się nad jakimś fajnym biwakiem, próbując odciągnąć myśli od tego, co zaraz się wydarzy. Doszliśmy wreszcie stromą drogą na szczyt, zatrzymaliśmy się tuż przed wejściem. Wokoło panowała martwa cisza, nikt z nas nie zamienił nawet słowa. Po długim milczeniu Walijski odezwał się jako pierwszy:
- Stosujcie się do wskazówek, tylko tyle mogę powiedzieć. Na tyle mi pozwolili.- mówił, jak zawsze, nie spiesząc się.- Reszty musicie dociec sami.
Wyciągnął pęk kluczy, wybrał jeden i otworzył nim stare, zardzewiałe drzwi. Głośno zaskrzypiały. Wpuścił nas do środka, zamykając je za sobą. Zastępca i pani minister szli pierwsi, prowadząc nas murowanym korytarzem wprost do przeciwległej komnaty. Ja i Marcin szliśmy obok , mocno zdenerwowani, nie odzywając się do siebie. Idący za nami Walijski, stawiał głośne kroki w swoich pantoflach. W takiej chwili byłam wyczulona na każdy dźwięk. Wchodząc do komnaty poczułam ostry zapach stęchlizny i od razu zauważyłam dwa zdechłe szczury.Widać mało płacą tutejszym sprzątaczkom. W komnacie było jednak coś o wiele ciekawszego niż rozkładające się gryzonie. Na samym środku, niebieskim światłem jarzyła się ogromna dziura wielkości podwójnych drzwi.
- Za chwilę przejdziecie przez rozłam w czasie, trzymajcie się blisko siebie.- poważny głos zastępcy rozniósł się głośnym echem po pustym pomieszczeniu.- I pamiętajcie, by nie namieszać im w całym tym skomplikowanym świecie. Szukajcie odpowiedzi u bram wielkiego Olimpu, bo kto pyta, ten nie błądzi.
Och, niech oni już skończą! Kazali nam stanąć tuż przy wielkiej dziurze( nareszcie!) i złapać się za ręce.
-Dobra, wszystko super, ale...
To były ostatnie słowa Marcina, kiedy zostałam nagle zepchnięta wraz z nim prosto w niebieską przestrzeń. Tak naprawdę nie chciałam żeby kończyli, miałam tak dużo pytań! Teraz było już za późno, leciałam w przeszłość. Jedyne co widziałam, to nieprzenikniona ciemność, żadnego światła na końcu. Nie było niczego, co mogło oznaczać koniec tego wiecznego tunelu. Wciąż trzymając się ręki mojego przyjaciela, leciałam mając wrażenie,że to nigdy się nie skończy. Wreszcie w jednej chwili zostaliśmy jakby wypluci przez tunel prosto na jakieś miękkie podłoże, nic jednak nie byłoby w stanie zamortyzować takiej siły upadku, więc leżałam przez dłuższą chwilę, z mocnym bólem całego ciała. Kiedy wreszcie się podniosłam, spojrzałam tylko na miejsce mojego upadku, a była to zielona traw.Mnóstwo trawy wokół mnie. Wiedziałam, że nie mogę tak tu stać, więc ruszyłam do przodu, ku wielkiej marmurowej bramie. Rany, już samo wejście było niesamowite. Wielkie rzeźby orłów stojące na kolumnach przy bramie spowodowały, że westchnęłam z zachwytu. Takie kolumny mógłby sprawić sobie każdy bogatszy, ale te były zrobione z najprawdziwszego złota. Postawiłam pierwsze kroki ku bramie, ale ból w nogach spowodował, że upadłam. Jęknęłam tylko cicho i podczołgałam się kawałek, tylko tak mogłam się tam dostać. Odwróciłam głowę w stronę Marcina, on także się czołgał. Poczekałam aż się zrównamy, otworzyłam usta, by coś powiedzieć, jednak zrobił to pierwszy:
- Nawet nic nie mów! Nigdy więcej podróży w czasie.
Nie odzywając się, czołgałam się, aż zmęczona dotarłam do bramy. Mój przyjaciel był jednak szybszy, podciągnął się na rękach, łapiąc za jakąś wystającą część bramy. Dopiero teraz zauważyłam, że nie mamy na sobie naszych starych ciuchów, tylko najprawdziwsze togi ! I w tym czasie zorientowałam się również , że nie mam bielizny, postanowiłam nie informować go o tym fakcie. Marcin miał na sobie jakby biały ręcznik obwinięty wokół bioder, jednak z innego materiału. Mógłby mi teraz podziękować, ponieważ za moją namową zaczął chodzić na siłownię. Jeszcze rok temu wyglądał bardzo przeciętnie, teraz jednak w tym " ręczniku" mógłby konkurować ze wszystkimi bogami bez wyjątku. Moja toga była przewieszona przez jedno ramię, wyglądała jak sukienka, zrobiona z lekkiego materiału. I ja także poczułam się niczym te wszystkie piękne boginie znajdujące się na wielu obrazach, widziane przeze mnie w galeriach sztuki. W czasie moich rozmyślań brama stała już przed nami otworem na pałac władców Olimpu. Zanim jednak się tam dostaniemy, musimy przeczołgać się przez wielki ogród pełen, z tego co zdążyłam zauważyć, mnóstwa rzeźb i pięknych roślin. To naprawdę zachwycające, jak daleko są bogowie od śmiertelników pod względem rozwoju cywilizacji. Wejście do ogrodu zrobione było z wysokiego nieostrzyżonego żywopłotu, przez który gdzieniegdzie przebijają się łodygi z cudownymi kwiatami nieznanego mi gatunku. Pomyślałam, że nie mogę tak ciągnąć nóg przez całą drogę do, jak się spodziewałam, pięknej willi. Przezwyciężyłam ból i powoli wstałam, choć nadal moje nogi łapał silny skurcz, to zrobiłam parę kroków.Odwróciłam się i pomogłam wstać temu złośnikowi Marcinowi. Jęknął tylko cicho, kiedy stawiał pierwsze kroki, ale przy kolejnych dawał już sobie radę. Teraz, kiedy mogłam normalnie chodzić, mogłam podziwiać cały ten ogród. Przechodząc przez wejście zrobione z żywopłotu, postanowiłam lepiej przyjrzeć się tym ciekawym rzeźbom. Przechadzając się w skórzanych sandałach po zielonej trawie, podeszłam bliżej jednej z rzeźb. No tak, te piękne marmurowe posągi nie przedstawiały nikogo innego, jak samych olimpijskich panów i pań. Rozglądając się dookoła, tylko upewniłam się, że ich pycha jest równie wielka jak ich władza. Lekko kuśtykając, w brudnej szacie( gdzie ja znajdę odplamiacz?), wolałam oglądać rośliny.
- Jak myślisz,my też dostaniemy posągi?- Marcin popukał w jeden z nich.- Mój postawiliby...gdzieś przy samym wejściu, a twój może przy wychodku?
- Bardzo śmieszne. Żebyś się jeszcze nie udławił tymi żarcikami..- machnęłam ręką, ponaglając go.- Musisz to zobaczyć.Chodź.
Stałam właśnie przy małym wodospadzie, umieszczonym daleko od głównej ścieżki.
- Co to takie...- natychmiast się cofnął, widząc to, co wskazałam mu palcem.- Cofnij się lepiej od tego paskudztwa.
- Nie sądziłam, że to cię aż tak wystraszy. Dla mnie wydaje się raczej... interesujące.
- Żartujesz sobie chyba? To jest okropne,! Chodźmy, zanim ożyje.
- Nie sądzę żeby to miało już ożyć.
- Och, cicho bądź.-naprawdę go to przerażało, a tego się po nim nie spodziewałam.
Staliśmy właśnie, patrząc na ohydnego stwora, który znajdował się za strumieniem wodospadu. Nie mam pojęcia do czego mogłabym porównać to coś, ale mogło by to być coś na podobieństwo goblina z miękką różową skórą, jego oczy zostały najwyraźniej wydłubane, zęby, przypominające lwie kły, całkowicie sczerniały. Byłam pewna, że ten stwór jest prawdziwy, ale także równie mocno przekonana, że nie byłby w stanie ożyć.
- Chodź wreszcie, nie mamy całego dnia!- złośnik złapał mnie za łokieć i skierował ku głównej ścieżce. Szliśmy w szybkim tempie, więc nie zdążyłam obejrzeć całego ogrodu. Jednak to, co po chwili ujrzałam, całkowicie zrekompensowało mi roślinki. Stałam właśnie przed najpiękniejszą budowlą, jaką w życiu widziałam, a była to właśnie siedziba bogów. Wysokie grube kolumny zachwyciły mnie dogłębnie, na samej górze, na tak zwanym fryzie, widać było pięknie rzeźbione sceny z życia Olimpu. Budynek był piętrowy, a do wejścia prowadziły kilkuset stopniowe schody, dość szerokie, by w jednym rzędzie pomieścić trzydziestoosobową klasę. Zanim jednak weszliśmy po schodach, spojrzałam jeszcze raz na kolumny, a potem na dach, a tam na akroterionie stały...posągi gryfów. Od razu nabrałam jeszcze większej ochoty na wejście do tego cudownego pałacu. Zostawiliśmy za sobą piękny ogród i zaczęliśmy żmudną wędrówkę po marmurowych schodach, nie odezwaliśmy się do siebie ani słowem, byliśmy za bardzo urzeczeni tym białym starannie wykonanym dziełem. Długo szliśmy gubiąc kolejne stopnie, aż wreszcie spoceni i zasapani stanęliśmy przed zdobionymi drzwiami, wykonanymi chyba ze złota.
- No dobra, jesteśmy, a teraz co mamy zrobić?- zapytał mnie, ciężko dysząc, Marcin.- Zapukać, czy coś?
- Tak chyba będzie najlepiej.
I już podniosłam rękę, by uderzyć w ciężkie drzwi, kiedy same się otworzyły.Przed nami stanął jakiś kmiotek, na pierwszy rzut oka, ich sługa.
- Witam- kmieciu ukłonił się nisko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz