wtorek, 30 grudnia 2014

Rozdział 6

Powiedział to w jakimś dziwnym języku. Choć  brzmiało to bardzo obco, ja jednak go zrozumiałam, a nawet potrafiłam mu odpowiedzieć.
- Yyy... cześć.- dygnęłam lekko.
- Jestem Akrogos, boski sługa. Jeszcze żaden człowiek nie ośmielił się wstąpić w boskie progi, a więc kim wy jesteście?
- Imię me brzmi Hesperos, to zaś Asteria.- ów "Hesperos" spojrzał na mnie i lekko uśmiechnął.- Przybywamy z bardzo daleka, bo aż ze... sklepienia niebieskiego.
- Ależ oczywiście, jak mógłbym was nie poznać, o czcigodni- ukłonił się jeszcze niżej i wpuścił nas do środka przez te wielkie piękne drzwi.- Znam historię wszystkich bogów, ale jeszcze nigdy nie słyszałem byście odwiedzili ten pałac.
- Tak... postanowiliśmy zmienić bieg historii, wprowadzić zmiany w życiu nas wszystkich, a tak poza tym to przecież nasza rodzina.- czułam jak na moich policzkach pojawia się rumieniec.
Nie lubiłam kłamać, choć trzeba przyznać, że robiłam to całkiem dobrze( oczywiście tylko w ogromnej potrzebie). Ale teraz właśnie nastąpił moment mojego załamania. Rumieniec! Co za wstyd. Spojrzałam  na Akrogosa, ale on chyba nie spostrzegł niczego podejrzanego. W tej chwili zdałam sobie sprawę, że wciąż stoimy w tym samym miejscu, przy zamkniętych już drzwiach. Akrogos również stał obok nas i już miałam zapytać czy nas oprowadzi, ale on nagle odwrócił się ku marmurowej ścianie i zadął w zamontowany tam złoty róg. Głośny dźwięk rozszedł się szybko po ogromnej przestrzeni wysokiego na kilkanaście metrów przedsionka. Ów przedsionek, jak wspomniałam bardzo przestrzenny, był niemalże pusty. Na samym jego środku stała kolejna fontanna przedstawiająca smoka o kilku głowach, a z każdej z nich lał się strumień wody. Na wprost, za fontanną, znajdowały się schody do nieznanych mi jeszcze pomieszczeń. Na boki od fontanny rozchodziły się dwa szerokie korytarze. Wszystkie zaś ściany ozdobione były przepięknymi freskami, przedstawiającymi ogrody pełne drzew, kwiatów i dzikich zwierząt. Fresk na suficie pokazywał błękitne niebo z kilkoma tylko chmurami. Będąc tutaj poczułam się bliżej natury niż stojąc tam, na zewnątrz. Całego efektu dopełniał słodki zapach kwiatów umieszczonych w każdym kącie w porcelanowych dzbanach. Wróciłam do rzeczywistości. W momencie kiedy odsunął usta od złotego przedmiotu, a głośny dźwięk naraz umilkł, znikąd jakby stanęli przed nami dwaj mężczyźni ubrani podobnie do Marcina.
- Mekos i Kajtos zaprowadzą was do waszych siedzib, a kiedy się rozgościcie zapraszam na obiad. Do zobaczenia.- ukłonił się nisko i poszedł w stronę prawego korytarza.
Jeden z mężczyzn skinął głową, dając znak byśmy poszli za nimi. Ruszyli przodem omijając fontannę i kierując się na schody. W czasie wspinaczki po stopniach zwróciłam się do Marcina:
- On naprawdę nam, no wiesz, uwierzył.- ostatnie słowo powiedziałam bezgłośnie, ruszając tylko ustami. Zrozumiał. Pokiwał głową i uśmiechnął się szeroko.
-I to jak.- wyczytałam z jego warg.
Doszliśmy do ostatniego stopnia i stanęliśmy na środku wąskiego korytarza.  Mekos i Kajtos skręcili w lewo. Idąc za nimi rozglądałam się wokół.  Lewa część korytarza, czyli biała ściana, była pusta, zaś po prawej stronie ciągnął się szereg pokoi bez drzwi. Zamiast nich wisiały zwiewne kotary o ciemnym kolorze, skutecznie zasłaniając wnętrze pomieszczeń. Na samym końcu korytarza zatrzymaliśmy się przed dwoma pokojami także zasłoniętymi kotarami. Na znak mężczyzn weszłam do jednego, tego ostatniego, Marcin zaś udał się do sąsiedniego pomieszczenia. Odsunęłam kotarę i przede mną  ukazał się duży pokój. Niezliczone ilości światła wpadały przez jedno wielkie okno naprzeciw wejścia. Właściwie nie wiem czy można nazwać to oknem, ponieważ był to zwykły prostokąt wycięty w ścianie, oczywiście bez szyby. Za dnia wpadające tu promienie mocno ogrzewały, zaś nocą było tu pewnie niemiłosiernie zimno. Oprócz wielkiego "okna" znajdowało się tu także szerokie łoże. Kiedy się mu przyjrzałam, dostrzegłam jak misternie zostało zrobione. Rzeźbione w drewnie winorośla ciągnęły się przez całą jego powierzchnię. Miejsce mojego spania przykryto puchową pościelą. O tak, na pewno się przyda. Po drugiej stronie pokoju stał potężny kamienny stół ozdobiony kwiatami w wazonie. A i jeszcze szafa. Zdobiona podobnie do łóżka, stała naprzeciw niego. Otworzyłam, może znajdę tam bieliznę. Pusta. Szlag by to wziął! W takim wypadku nie pozostaje mi nic innego, jak wykombinować ją sama. Ale to potem. Spojrzałam jeszcze raz na pokój i wyszłam odsuwając kotarę. Zasunęłam ją dokładnie, a na korytarzu czekał już na mnie Marcin.
- Podoba ci się?- zapytał idąc już schodami w dół.
- No cóż... dupy nie urywa.- odpowiedziałam jak najbardziej szczerze.
- Właśnie nie mogłem znaleźć określenia, ale to jest idealne.
Zaśmialiśmy się cicho. Gawędząc tak, doszliśmy do fontanny i skręciliśmy w ten sam korytarz, którym wcześniej udał się Akrogos. Wraz z jego początkiem czar ogrodu prysł, zastąpił go natomiast obraz starożytnego miasta. Bogate wille patrycjuszy, niemal białe jak śnieg, jaśniały pośród lepionych z gliny i pokrytych słomianymi dachami chat biedaków. Nie było tam żadnych ludzi, tylko domy, drzewa i bydło.
Bogowie nie lubią ludzi, ale są w stanie ich tolerować w momencie, kiedy budują im świątynie i składają ofiary. Zdarzają się też przypadki miłości pomiędzy bóstwem, a jego wyznawcą. Owocem tego związku jest tytan- pół człowiek, pół bóg.  Przykre zjawisko nienawiści i jednoczesnej miłości. Rozmyślając tak, szłam wgłąb korytarza ciągnąc palcem po ścianie, wciąż na nią patrząc.
- Hej, wszystko w porządku?- mój przyjaciel położył mi rękę na ramieniu.- Jakoś tak dziwnie patrzysz na te ściany. Chyba ci się nie podoba to miasto.
- Tak, nie podoba. Wiedziałeś, że nie ma tam ludzi?- zapytałam zamyślona.
- Zauważyłem. Nie będę tu na bogów bluzgał, ale aż się ciśnie jak widzę ich egoizm i pychę.- zauważyłam jak zaciska pięści.
- Spokojnie, jeszcze my się z nimi policzymy, zobaczysz. W imię ludzi!- chciałam to wywrzeszczeć, ale nie wypadało, więc powiedziałam to nieco głośniej niż zazwyczaj.
- W imię ludzi!- powtórzył za mną i udał, że podnosi niewidzialny kieliszek.
Zrobiłam to samo i oboje się nimi stuknęliśmy. To był nasz toast i wiedzieliśmy dobrze, że w końcu się ziści. Choć potrzeba na to sporo lat, ludzie w końcu odwrócą się od bogów i wybiorą inną religię. Porzucą ich jak starą zużytą i mokrą szmatę. A my nie musimy w to nawet ingerować. Cudownie. Korytarz doprowadził nas do sali trochę mniejszej od przedsionka, pełnej światła promieni przedostających się przez duży taras. Na samym środku sali stał kilkumetrowy prostokątny stół, zasiadali przy nim najważniejsi bogowie w całym Olimpie. I wszystkie spojrzenia skierowane były na nas.
- Jesteście już, siadajcie.- Akrogos wskazał nam miejsca na samym początku stołu. Usiadłam, a po mojej lewej zasiadł Marcin. Spojrzałam na prawo. Krzesło niczym tron, a na nim siwy brodaty mężczyzna  umięśnionej postury, patrzył prosto na mnie. Twarz o stalowych, poważnych choć nie starzejących się rysach, jego oczy zimne jak lód, nie wyrażały konkretnego uczucia, a przynajmniej ja nie potrafiłam niczego wyczytać. Cała ta majestatyczna postać patrzyła w moje oczy, a ja się jej bałam. To był ZEUS.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz