piątek, 2 stycznia 2015

Rozdział 7

Nie mogłam oderwać wzroku od jego mrożących krew w żyłach oczu, nie wiedziałam, czy mam się odezwać, paść na kolana lub całować dłonie, tak wielki wzbudzał we mnie szacunek. Na szczęście odezwał się pierwszy.
- Witajcie tu zebrani.- powiedział wstając i podnosząc złoty kielich trzymany w prawej dłoni.- Mamy dzisiaj zaszczyt powitać wielkich władców gwiazd, Hesperosa i Asterię. Powstańcie, by ich powitać.
Jego głęboki władczy ton coraz bardziej uświadamiał mi jak ogromną ma władzę, tak świetnie operował tonem, jakby wybitny muzyk grał na strunach gardła. Kiedy tylko skończył mówić, naraz dziesięciu głównych   bogów i bogiń,( Hades jako dwunasty bóg, nie zasiadał na górze Olimp, tylko we własnym podziemnym królestwie-Hadesie) powstało z kielichami pełnymi płynnego nektaru- boskiego napoju, dającego im wieczną młodość i nieśmiertelność. Wraz z nimi powstałam ja i Marcin, lekko popchnięci przez Akrogosa. My także wznieśliśmy kielichy.
- Dziś jest dzień tak długo przez nas oczekiwany, dzień, kiedy Gwiazdy spadają na nasz Olimp. Spodziewaliśmy się ,że jak co roku odwiedzi nas jedna z Gwiazd, ale nie  aż dwie. To dla nas wielki zaszczyt, więc dziś wieczorem, kiedy wszystkie z was zaczną spadać na ziemię, wydamy uroczyste przyjęcie na waszą cześć.- to mówiąc, najwyższy z najwyższych wzniósł kielich i wypił jego całą zawartość. Zrobiła to także cała reszta, wraz z nami. Usiedliśmy z powrotem na swoje miejsca. Moje zdenerwowanie powoli uciekało jak powietrze z balona. Zanim spojrzałam na te piękne postacie władców, kiedy zobaczyłam ten fresk na ścianie, myślałam o nich tylko najgorsze rzeczy, ale teraz to wszystko zniknęło. Nie chciałam żeby tak było, wracałam do tego obrazu, coraz bardziej jednak czułam, że jestem w stanie ich polubić, ba, pragnęłam żeby to oni polubili mnie. Wiedziałam jaki będzie ich koniec, jak ludzie powoli o nich zapomną. Ale może to i dobrze, przecież nie ocenia się książki po okładce, czytałam o nich, jak się zdawało tylko mity, wymyślone opowieści, złe opowieści.Całe ich wieczne życie składało się z jedzenia, picia, pławienia się we władzy, romansów i okrutnych, pełnych zazdrości, pychy i  niczym nie wyjaśnionych czynów. Tak, musiałam wziąć się w garść. Kiedy tak rozmyślałam, zdałam sobie sprawę, że ktoś na mnie patrzy. To był Apollo( jakim cudem o tym wiedziałam?) i właśnie zadał mi jakieś pytanie, którego, zamyślona, nie usłyszałam.
- Przepraszam, nie dosłyszałam, straszny tu gwar .- machnęłam ręką dookoła, chociaż na całej sali było słychać tylko ciche rozmowy.- Mógłbyś powtórzyć?
Młody bóg uśmiechnął się, zapewne wiedząc, że nie słuchałam.
- Powiedz mi jak to jest spadać z nieba prosto tu, na ziemię?
Natychmiast spojrzałam na Marcina, zajętego jedzeniem ambrozji,  papki o dziwnym srebrnym kolorze, dającej podobne efekty co nektar. Najwyraźniej mu smakowało. Zajadając się, usłyszał pytanie Apolla,  również na mnie popatrzył, ale jego wzrok mówił mi, że pytanie było do mnie, więc ja mam na nie odpowiedzieć.
- No,więc...- zaczęłam niepewnie, drapiąc się po głowie.- To jest... naprawdę niesamowite uczucie, doświadczenie jakiego nigdy wcześniej nie przeżyłam. A wygląda to tak, że najpierw skaczesz prosto w czarną przepaść, nic nie widzisz, nawet własnych rąk. Czujesz ogromny strach, nie masz pewności, czy na pewno wylądujesz i czy bezpiecznie. Ale myślisz tak tylko przez chwilę, bo potem zapominasz nawet o myśleniu. Tylko lecisz i lecisz, niczym strzała przeszywająca powietrze. Masz wrażenie, że to nigdy się nie skończy. Aż tu nagle przed oczami przemykają nowe kolory, niebieski, mnóstwo niebieskiego i zielony...ŁUP! Trafiasz w trawę jak strzała do tarczy. No i już jesteś z sercem bijącym jakby miało za chwilę wyskoczyć z klatki piersiowej.
Dopiero kiedy skończyłam mówić, zorientowałam się, że szybciej oddycham, poczułam jak krew szybciej pulsuje. Nie kłamałam. Opowiedziałam mu jak się czułam, kiedy leciałam z mojego świata, by dostać się do nich.
Spojrzałam na Apolla. On także był podekscytowany moją opowieścią. Jego młodzieńcze delikatne rysy wyrażały zachwyt i niedowierzanie. Usta ułożone w szeroki uśmiech, nie potrafiły wypowiedzieć choć słowa. Jasne loki delikatnie opadały na czoło ruszające się teraz w geście niedowierzania, natomiast przejrzyste niebieskie oczy spoglądały na mnie szeroko otwarte. Ten najmłodszy z olimpijskich bogów był naprawdę bardzo przystojnym mężczyzną i wydawał się nawet miły. Mój wzrok przeniósł się teraz nieco ponad jego czoło, by zauważyć umieszczony na głowie wieniec z gałęzi drzewa laurowego. A no tak, zapomniałabym o mały szczególe z jego burzliwej przeszłości. Całkiem dobrze znałam się na mitologi greckiej i rzymskiej, była to dla mnie lektura wręcz obowiązkowa. Czytałam ją namiętnie jeszcze za czasów podstawówki i gimnazjum, wiedziałam więc, że ów Apollo dawno temu zakochany był w pięknej Dafne. Ona jednak nie widziała w nim swojego księcia z bajki, młody bóg zdawał się tego kompletnie nie zauważać, więc gonił ją i gonił, aż całkiem wycieńczona poprosiła swojego ojca Penejosa- boga rzeki- o pomoc, a ten wspaniałomyślny koleś wpadł na pomysł, by zamienić swoją córkę w... drzewo laurowe. Nieźle, co? Tak, więc zrozpaczony Apollo, nie dość, że przez niego dziewczyna zamieniła się w drzewo,  zerwał z niej gałąź, zrobił sobie z niej wieniec, który nosi do tej pory na swojej  głowie. Ja wiem, że to w geście przeprosin i ku jej czci i pamięci, ale to dla mnie okrutne i obrzydliwe. Dafne jednak nie była jego jedyną wybranką. Miał on kilkoro dzieci z różnymi kobietami, ale związany był również z mężczyznami. Niezły Casanova.
- To.Naprawdę. Niesamowite.- zdolny był wreszcie do tych kilku słów.
- Tak, wiesz...
Dzyń, dzyń.
Na szczęście przerwał mi dźwięk dzwonka i głos Akrogosa:
- Czcigodni, koniec posiłku. Czas wolny aż do przyjęcia.
Wszyscy  wstawali od stołu i szli, Bóg wie gdzie. I ja także wstałam pociągając za sobą Marcina, który nadal jadł ambrozję.
- Było mi bardzo miło wysłuchać twojej opowieści, zobaczymy się na przyjęciu, prawda?- powiedział jeszcze Apollo.
- Oh, tak,oczywiście. Do zobaczenia.- uśmiechnęłam się odsuwając krzesło.
On także się uśmiechnął i odszedł wraz z innymi bogami.
- Kurde, on ci się podoba.- powiedział z pełną buzią mój przyjaciel.- Może umówisz się z nim do restauracji, teatru czy coś?
- Teatr to ja mam z tobą, kiedy patrzę jak robisz z siebie błazna.- syknęłam w odpowiedzi.- Daj spokój, wiesz, że trzeba być tutaj miłym? Właśnie Apollo jest bogiem życia i śmierci. Powtarzam ŚMIERCI. Więc jeżeli chcesz jeszcze pożyć, to trzymaj przy nich swoją wredną gębę na kłódkę.
- Dobra, dobra, wyluzuj. Pośmiać się nie można? Zresztą ja śmierci się nie boję. Na pewno nie tutaj, gdzie ona mi nie grozi i tobie także nie.- popatrzył na mnie pewny siebie.
- Uznajmy, że ci uwierzyłam i nie będę drążyć tematu, ale teraz proszę się skup.- spojrzał na mnie uważniej- Chodź.
Pociągnęłam go za ramię prowadząc do jakiegoś pobliskiego kąta.
- Słuchaj, chcę się z tego ich świata jak najszybciej wydostać, więc nie przyzwyczajamy się, okej?- spytałam szeptem, na co on potakująco kiwnął głową.- W naszych listach była wskazówka, by wiadomości na temat czegokolwiek związanego z Kryształami szukać w bibliotece. Musimy jak najszybciej ją znaleźć, chcę zdążyć przed przyjęciem ze znalezieniem wszystkich potrzebnych rzeczy.
- Gdyby tylko podali nam godzinę przyjęcia, a ja miałbym na ręce zegarek, to powiedziałbym ci ile czasu nam zostało, ale sądząc po porze dnia i takie tam, mamy ze cztery-pięć godzin.- powiedział udając, że spogląda na niewidzialny zegarek.- Musimy znaleźć kogoś, kto zaprowadzi nas do biblioteki, ale nie może to być ten niski typek , co nas tu przyprowadził .
- Akrogos? Masz rację, to nie może być on, w za wielu rzeczach pracuje, jeszcze doniesie. Proponuję zatem pierwszego lepszego z tacą, czy coś.- wsiadałam głową na najdalej stojącą od nas kobietę. Musiałam mieć pewność, że to ktoś, kto nie mógł nas usłyszeć.
- Hej! Ty!- jego głos rozniósł się po całej sali, echo odbijało się od ścian, kiedy szedł w kierunku wskazanej przeze mnie kobiety.
Rozumiejąc, że to do niej zmierza Marcin, dla  niej bóg, jej pan, ukłoniła się niemal dotykając nosem podłogi.
- Jesteś mi potrzebna.- nieco ciszej  lecz nadal władczym tonem, rzekł mój przyjaciel.- Musisz zaprowadzić nas do biblioteki. Teraz.
Przestraszona kobieta kiwnęła szybko głową i skierowała się do korytarza, którym wcześniej tu przyszliśmy.
Poszliśmy za nią. Marcin uśmiechnął się do mnie, zadowolony z efektu jego rozkazów. Skarciłam go tylko wzrokiem, ale tak naprawdę także byłam zadowolona,bo zależało mi na czasie, a nie na uprzejmości. On dobrze o tym wiedział i dalej szedł wesołym krokiem. Służąca, kiedy dotarliśmy do miejsca, gdzie stała fontanna, pokierowała nas dalej, w stronę lewego korytarza. Ów korytarz nie był przyozdobiony żadnymi freskami, najwidoczniej rzadziej odwiedzany, więc wszyscy uznali, że nie ma sensu się trudzić malowaniem ich. Jednak ten korytarz nie prowadził tylko do jednego pomieszczenia. Przechodząc przez niego zauważałam wiele ciemnych kotar po obu jego stronach. Nie dotarliśmy jeszcze do końca, kiedy kobieta wskazała nam jedną z nich o krwistym kolorze. Marcin machnął na służącą ręką, dając znak, by odeszła, a kiedy to zrobiła, odsunęliśmy kotarę, by znaleźć się w środku biblioteki. Całkiem spora sala, o jasnych jak w każdym pomieszczeniu ścianach, prawie niewidocznych pod przykrywą zrobionych z drewna szaf pełnych ksiąg. Ogromna ilość ksiąg. Na samym środku stał imponującej wielkości kwadratowy stół, który także zrobiony był z drewna.
- Na nasze nieszczęście mają bardzo pokaźną kolekcję.- Marcin powoli zbliżał się do półek z księgami, a ja podążałam za nim.
- Właśnie. I tak właściwie mamy mały problem.
- To wiem, ale czy masz jeszcze jakiś?- zapytał mnie zdejmując z półki jedną z ksiąg.- To wiersze. Oni tu mają poezję.
- Fajnie, tylko pozwól, że przedstawię ci nasz problem.
- Słucham przecież- chociaż nie słuchał.
- W tym przeklętym liście nie napisali w czym dokładnie mamy szukać tych wiadomości na temat Kryształów.- powoli uświadamiałam sobie w jak głębokim bagnie jesteśmy.
- Ale dla mnie napisali.- powiedział to szybko, a ja powoli odchodziłam od myśli o głębokim bagnie.- Jasno i wyraźnie. To ma być poezja jakiegoś tam Ksenosa Wielkiego.
- I dopiero teraz mi to mówisz?!- chciałam go udusić, ale jakby nie patrzeć jeszcze mi się przyda, no i przecież to mój przyjaciel..- Okej, nie ważne . Zamiast robić aferę, poszukam tych głupich wierszy.
- Świetny pomysł. Poszukaj.- oparł się o jedną z półek i patrzył jak szukam wypalonych imon autorów na skórzanych okładkach ksiąg.
- A ty?
- Tak, tak jasne, zapatrzyłem się jak pracujesz.- podszedł do innej z półek i także poszukiwał.
Po, jak mi się zdawało, jakiejś godzinie poszukiwań, znaleźliśmy z dziesięć ksiąg Ksenosa Wielkiego. Usiedliśmy do stołu i zaczęliśmy kartkować oprawione skórą wiersze.
   Siedzieliśmy obok siebie, schyleni,  nad ostatnią już, księgą. Nasze głowy opierały się o siebie nawzajem, zbyt zmęczone by się ruszyć. Litery rozmywały nam się przed oczami, opadające powieki przytrzymywane palcami, niesamowity ból głowy- otępiało nas to skutecznie.
- Słuchaj, jeżeli w poprzednich dziewięciu nic nie ma, to może i w tej też nie znajdziemy.- powiedział sennym głosem Marcin, prawie już zasypiając.
- Być może, ale zawsze warto się upewnić.- dalej niezmordowanie przerzucałam strony.- Ej! Coś znalazłam!
Mój mózg natychmiast zaczął pracować, powieki nie opadły, a tekst stał się teraz bardzo wyraźny.
- Co? Czytaj szybko!- ten śpioch nagle się obudził.
- No, więc tak...- lekko chrząknęłam, bo zaschło mi  w gardle-
Jak z Hadesu wyrwane demony,
Do świata boskiego wparowały,
Kryształy w rękach trzymały,
Wodę, Ziemię, Powietrze pochowały,
Posejdon Kryształ  trzyma w odmętach swej wody,
Straszliwy Hades, by kryć się ma powody,
Bo i on Kryształ w swe łapy dostał,
Helios, bóg Słońca, na swej kuli ognistej Kryształ trzyma od kiedy świt wstał,
Wiedzą o nich, lecz nie pożądają, bo demon im je dał,
Czekają, więc Kryształy,
Aby ich prawowite ręce odebrały,
Na wieki.
Wyzwolone od złych mocy.
- To jest takie beznadziejne, aż mnie uszy bolą od tego beztalencia.- jęknął przeciągle Marcin.- Czekaj. A zarazem tak genialne! Tak prosto napisane, żadnych aluzji. Koleś dokładnie powiedział co i jak, czarno na białym. Tak mu dziękuję za te proste wypociny! 
- Oh! Tak! Wreszcie koniec!- wydałam z siebie nieartykułowane dźwięki i podniosłam z triumfem ręce- Dzięki Ci Boże, że już koniec, a jednocześnie przeklinam! Dlaczego musiała być to ostatnia księga, a nie pierwsza? Dlaczego ja się pytam?
Jednak, choć tak się użalaliśmy nad naszym losem, byliśmy bardzo zadowoleni z całego obrotu sprawy.
- Już wszystko w porządku, tak, już dobrze.- mój przyjaciel położył mi rękę na ramieniu.- Chodź, wynośmy się stąd.
- Tak, tylko czekaj- mówiąc to, zgięłam się nad szczęśliwą księgą i wyrwałam stronę z potrzebnym nam wierszem.- Przecież nikt nie będzie chciał tych bzdur czytać. A teraz musimy je odłożyć na miejsce. 
Włożyłam złożoną kartkę między stopą, a sandałem i wraz z Marcinem zajęłam się odkładaniem wierszy na półki. Po skończonym zadaniu starannie zasunęliśmy kotarę i udaliśmy się ma przyjęcie do wielkiej komnaty, gdzie znajdowaliśmy się na obiedzie. Zdążyliśmy akurat na rozpoczęcie.
Na środku stała Hera, żona Zeusa, najwyraźniej czekając na nas.
- Jesteście. W takim razie mogę zacząć..- powiedziała,  szykując się na dłuższą przemowę.
- Patrzcie! Spadające Gwiazdy!-usłyszałam czyjś krzyk z tarasu.
Wszyscy natychmiast się tam udali.
- Nigdy nie widziałam spadających gwiazd.- powiedziałam Marcinowi, który stał tuż obok mnie. Jak wszyscy, spoglądaliśmy na niebo.
- Teraz to my nimi jesteśmy.- powiedział, wskazując na jedną z nich.
Przyznałam mu w duszy rację.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz